Pokazywanie postów oznaczonych etykietą recenzja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą recenzja. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 21 grudnia 2017

The Last Jedi - Moja opinia

Uwaga: Ostrzeżenie dla misiów o bardzo małym rozumku.


Poniższy tekst, podobnie jak inne artykuły na tym blogu, reprezentują wyłącznie osobiste przekonania, poglądy oraz przemyślenia autora. Nie są prawdą objawioną i raczej wątpliwe jest, iż kiedyś się nią staną. Jeśli zatem zdarzy się, iż z zapisanymi poniżej tezami czy przemyśleniami się nie zgadzasz, to porządny i godny Miś Kolorowy albo podejmuje się kulturalnej debaty, albo ignoruje sprawę. Każdy prawdziwy Miś wie bowiem, że artykuły blogowe to nie teorie naukowe i należy pochodzić do nich z odpowiednim dystansem.




The Last Jedi - Moja Opinia 

Ponoć opinie są jak dupy - każdy ma własną.

 Kiedy w grudniu 2015 roku wracałem do domu z nocnej premiery nowych Gwiezdnych Wojen, maszerowałem do domu radośnie, byłem pełen energii mimo dość późnej pory a w drodze dyskutowałem jeszcze z innym powracającym widzem. Podobnie po premierze Łotra 1 mój powrót był żwawy, pełen rozpamiętywania ostatniej sceny Lorda Vadera. Jednak w tym roku rzecz się zmieniła. Wyszedłem z kina zadowolony, ale nie maszerowałem tak radośnie, po powrocie do domu nie usiadłem do komputera i nie zacząłem szukać sobie zajęcia wiedząc, że nie zdołam teraz zasnąć. Szedłem zamyślony, a gdy wreszcie dotarłem na miejsce, przebrałem się do snu, położyłem obok narzeczonej, przytuliłem ją i poszedłem spać.

Ten film nie jest taki jak poprzednie. Nie zostawia widza pełnego energii, w poczuciu radosnej rozrywki wynikającej z prostej rozwałki. Po tym filmie, fan Star Wars zacznie myśleć… Albo jęczeć, bo jęczydup w tym fandomie więcej niż midichlorianów u Anakina Skywalkera.

To jest moje spojlerowe omówienie nowej części Gwiezdnej Sagi. Jak do tej pory widziałem film dwa razy (raz na premierę oraz raz z narzeczoną) i mam swoje zdanie wobec licznych zmian i “kontrowersji” jakie powstały dookoła niego.




Tu muszę wam coś wyznać. Jestem ogromnym fanem Star Wars. Filmy przedstawiła mi moja polonistka w szkole i do końca życia będę jej dziękował i mile wspominał. Przeczytałem ok 150 powieści ze “starego kanonu” oraz nowego (doliczam tu jako powieść tomy komiksów, takie jak KoToR czy Dziedzictwo, jako że były wydawane w tomach a nie zeszytach), kto zna te książki, ten wie, jak trzeba być “naćpanym”, żeby przebijać się przez Kryształową gwiazdę, Miecze świetlne czy serię o Lando. Ograłem wszystko, na czym mogłem położyć łapy (choć nie wszystko, co było) i czytałem nawet podręczniki do RPG. Podsumowując, mam się za osobę “obrytą” w SW.

I jako taki stwierdzam: The Last Jedi jest naprawdę dobre. Dla mnie numer 2 na liście ulubionych filmów, gdzie pierwsze miejsce ma wciąż Imperium Kontratakuje. 

Jeśli komuś w tym momencie puściły nerwy, a może i zwieracze, to możecie już zamknąć posta. Pozostałych zapraszam dalej.

Czy The Last Jedi jest jednym z najlepszych filmów jakie widziałem? Nie. Rozmawiamy tu tylko i wyłącznie o Star Wars. 

W pełni rozumiem niektóre zarzuty w stosunku do filmu. Wątek Rose i Finna jest poboczny i w sumie zbędny. Zaszkodził mu mocno twist polegający na niepowodzeniu ich misji. Rozumiem dlaczego wielu twierdzi, że powinno nie być tego wątku. Tylko jest pewien problem. Finn musiał pojawić się w filmie i dostać coś do roboty. JJ kończąc tak a nie inaczej część VII zamknął możliwość, aby mógł on polecieć z Rey. Jednocześnie jest dość jasne, iż reżyser nie interesował się jego wątkiem, traktują go jako postać poboczną, tak jak Han i Leia byli poboczni w IK, jednak tam wagi ich wątkowi dodawał pościg Vadera oraz fakt, iż to właśnie dla nich nasz główny bohater przerywał szkolenie i ruszał na pomoc.

W TLJ Rey nie przybywa do floty. aby ratować tych dwoje. lecz aby spotkać się z Benem Solo. W trakcie ich misji też nie goni ich legendarny Sith a jedynie trafiają do celi za złe parkowanie (i stawianie oporu przy aresztowaniu)

Wątek nie jest tak mocno podbudowany jak jego odpowiednik w Ep. V jednak sam w sobie i tak plasuje się w czołówce wątków pobocznych tej serii. Bo co niby było lepsze? Wioska pluszowych misiów? Porywające śledztwo Obi-Wana z Ataku Klonów czy sceny romansu Anakina i Padme? Ten wątek jest słaby, ale nie tragiczny.

Naprawdę podoba mi się rola Mistrza Skywalkera, jako tego złamanego pod ciężarem własnej legendy człowieka. Jest w tym pewna nauczka o poznawaniu własnych herosów. Całkiem dobrze broni on też swojej sprawy “Czas, by Jedi odeszli.” Oczywiście Mark Hamill zagrał świetnie, ale to już pisałem w krótkiej recenzji. 

Czas spędzony przez naszą heroinę na wyspie zaliczam do najmocniejszych scen w filmie. Bardzo dobrze zrobiona wizja i relacje uczeń-mistrz 

Świetnym pomysłem było umożliwienie Rey i Benowi rozmowy ze sobą. Dzięki temu pomimo ich obecności w różnych miejscach. ich wzajemne relacje mogły się kształtować. Wprowadza to dynamikę zupełnie odmienną od prostej relacji Bohater-Antagonista. (Swoją drogą pomysł na tyle dobry. że już sam go kilka razy używałem podczas gier fabularnych.)

Krytyki scen w stylu “dojenie kosmicznej krowy” nawet mi się nie chce komentować. Gdyby tej sceny nie było. to by inni jęczeli “Jak on żył na tej wyspie?!”

Śmierć Snorka :) Bardzo dobrze, ta postać była potrzebna jak kamienie nerkowe. JJ wstawił ją. aby mieć nowego “Imperatora”. Śmierć tej postaci pozwala wzmocnić Bena Solo i odcina zbędnego pośrednika w konflikcie Jedi-Ren. Jednocześnie sposób. w jaki ginie Snork. doskonale prezentuje w praktyce to. o czym Yoda przypomina Luke’owi: “Patrz gdzie jesteś i stąpaj twardo po ziemi. Myśl, co robisz”. Snork, tak jak Imperator, tak się zapędził w fantazjowaniu, jaki to on jest potężny i niepokonany i w ogóle sra uranem i pierdzi antymaterią, że wyłożył się na prostym blefie. Zawodowcy zwykle wykładają się na najprostszych trikach. Cytując “Stawkę większą niż życie” “- I tak głupio wpadł. - Każdy z nas kiedyś wpadnie przez jakąś głupotę.”

Pojawienie się wielkiego S do pojedynku z Benem to też prawdziwy smaczek. Świetnie podkreślono, że jest to iluzja: Miecz był przecież zniszczony, brak śladów na gruncie, inna fryzura. Mistrz Skywalker pokazał, co potrafi prawdziwy mistrz jasnej strony. Luke pomógł ocalić księżniczkę ostatni raz i teraz, mam nadzieję, zajmie miejsce pośród legend zakonu obok Obi-Wana i Yody.

A przy okazji, muppet Yoda. Tak! Witam z powrotem Wielkiego Mistrza. Po tym głupim goblinie z I-III od dawna miałem czkawkę. Mistrz powraca, aby naprostować niepokornego ucznia (nie można było wcześniej, bo ten odciął się od Mocy) i wykręcić mu ostatni dowcip. “Sam książki te spalę ja. Patrz jak to drzewo hajcuje się. O, książki młoda Rey ci podsowieciła?”

Jak widzicie, film bardzo mi się podobał. Odniosę się jednak jeszcze do kilku popularnych narzekań.

Kurczako-Pingwiy: Co wy macie do tych stworków, co? Ok, są słodkie i puchate - będą z nich zabawki. Ale dlaczego to coś złego? Komediowe sceny z ich udziałem nie wchodzą między momenty dramatyczne. Z reguły są gdzieś w tle, chyba że dochodzi do sceny akcji Sokoła. Jednak to jest moment kiedy my, widzowie, powinniśmy się cieszyć. Muzyka, akcja, cały nastrój krzyczy “Radosne rozwalanie myśliwców TIE!” A że Chewie został męską wersją kosmicznej kociary? Jakoś musi poradzić sobie ze stratą najlepszego przyjaciela, z którym żył przez dziesięciolecia. Na Ziemi kupiłby psa albo kota a w SW zaadoptował miękkie kurczako-pingwiny. 

Ogólnie ludzie zachowują się, jak gdyby Ep. V był mroczny i poważny jak rak odbytnicy. A o sucharach C3-P0 i faktem, że sam Chewie był przecież tą “śmieszną” postacią, co ryczała i machała łapami to już wszyscy zapomnieli? Albo grze Hamilla w scenie “Ja jestem twoim ojcem”? Trochę luzu, to jest nadal film dla dzieci. 

Scena z Leią… Ok, przyznam scena jest źle obrobiona i w ogóle nakręcona. Tylko tyle można sprawiedliwie powiedzieć. Bo idiotyzmów pokroju “A prawa fizyki!” albo “Jak to ona może używać Mocy?!” nie nadają się do dłuższych wyjaśnień, zresztą już i tak udzielili ich bardziej popularni ode mnie.

Film ma nieco problemów z montażem. Scena końcowa pani wiceadmirał powinna być inaczej ułożona. Zrobiło by to znacznie lepsze wrażenie i dodatkowo podgrzało atmosferę.


Podsumowując: film, który dostaliśmy, jest w mojej opinii jednym z lepszych, jednak, nawet jeśli Tobie, drogi czytelniku, się nie podobał (a masz do tego pełne prawo), nie ogłaszaj wszem i wobec śmierci Star Wars, bo daleko do tego. Nie opowiadaj o tym, jak takie rzeczy nie mogły się w SW wydarzyć, bo tylko pokazujesz, jak mało wiesz o uniwersum. A jeśli fakt, iż SW jest u swojej podstawy filmem dla dzieci nie mieści ci się w głowie, to czas dorosnąć. Bo twoja ukochana stara trylogia (której najwyraźniej nie pamiętasz za dobrze) też była filmem dla dzieci.

Pozostali zaś mogą powiedzieć - podobało mi się lub nie podobało mi się. Ci, którzy nie lubią tego filmu, nie muszą stroić się w piórka obrytych w SW “tru fans”, aby przedstawić swoją opinię. Każdy, kto spędził z SW dostatecznie dużo czasu, przeczytał dość książek i poznał świat wie, że nie ma takich rzeczy, których nie da się do SW wsadzić. 

Jest prawdą, iż przy tej historii musiałem się zastanowić, jak czuję się z tym konkretnym zestawem zmian. W świecie, gdzie każdy układa sobie własne historie, czasem ciężko pogodzić się z faktem, że to nie nasza wersja jest tą obowiązującą. Jednak ja czuję się dość komfortowo z tym, co dostaliśmy w The Last Jedi. A inne alternatywne wersje opowiedzą nam Legendy lub my sami podczas licznych sesji RPG


niedziela, 4 czerwca 2017

Miłość na kilotony


Wspaniała Kobieta trafiła do naszych kin. Ostatnia nadzieja kinowego uniwersum DC na to, by ktokolwiek traktował je choć trochę poważnie. Czy księżniczce amazonek udało się odbić od dnia i wzlecieć ku niebiosom? Tak jakby... Nie do końca... Powiedzmy...

Zacznę od odniesienia się do słonia w pokoju. Wonder Woman przenosi na ekrany cały kicz nieśmiertelnych lesbijek z poczuciem wyższości nad całym światem. I film nie potrafi odpuścić sobie żartów o penisach, rozmiarach powyżej średniej oraz tym podobnych głupot. Dobrodziejstwo inwentarza w mojej skromnej opinii. Mogli sobie darować chociaż część tych idiotyzmów, ale skoro parę osób na widowni się śmiało, to widać po coś te dowcipasy były. Jeśli zaś chodzi o przesłanie "teraz kobiety górą" to bądźmy poważni, to film o Wonder Woman. Czego innego można się spodziewać?

Film opowiada wariację origin story najważniejszej heroiny w uniwersum DC. Księżniczka Diana żyje na rajskiej wyspie pełnej lesbijek (tak, będę to podkreślał, skoro film był łaskaw mnie o tym poinformować, to czuję się usprawiedliwiony). Pewnego dnia na wyspie pojawia się samotny pilot amerykańskiego lotnictwa i w ten sposób Diana trafia do "świata mężczyzn".
Tu muszę nadmienić, że urocze jest polskie tłumaczenie, ciągle twierdzące, iż bohaterki mówią o "świecie ludzi". Nie, moi panowie, tu chodzi o świat mężczyzn. Męska supremacja, patriarchat itp.

Co naprawdę ciągnie ten film w dół, to rozwleczone sceny na wyspie. Wszyscy wiemy, że nasza bohaterka ruszy na wojnę. Po co więc to tak przeciągać? Po co wstawiać idiotyczny konflikt z nadopiekuńczą matką, skoro w następnej scenie i tak wszystko się odkręca? O wiele ciekawsze byłoby odtworzenie obecnego w poprzednim filmie o Wonder Woman turnieju. Ale niestety, zamiast tego dostajemy rodzica, który chce chronić swoje dziecko przed jego przeznaczeniem - idiotyczna klisza, którą widzieliśmy już do mdłości.

Serdeczne brawa należą się scenarzystom za najbardziej "zaskakujący" zwrot fabularny tego roku. Na początku myślałem, że będzie to śmierć ojca w Mass Effect: Andromeda, jednak tutaj udało się ich przebić. Ci od ME nawet się nie starali: powiedzieli co i jak w reklamach, Wonder Woman zachowuje kamienną twarz i udaje głupka do samego końca.

Nie udawajmy jednak, że fabuła ma w filmach tego typu jakieś szczególne znaczenie. Musielibyśmy wówczas zastanawiać się nad rzeczami w stylu: Czemu ci ludzie wiwatują po tym, jak jakaś demoniczna wiedźma wyrznęła okoliczny garnizon i zawaliła miejscowy kościół? 


Jak więc wygląda akcja?

Przyzwoicie. CGI tak gęste, że przysłania nam niebo. Dokładnie tak samo jak w Men of Steel czy Batman vs Superman. Akcja przypomina świetną grafikę z gry komputerowej i mi to nie przeszkadza. Jest to mimo wszystko dobra odmiana od bardziej stonowanego stylu w filmach Marvela. Oczywiście mimo, iż nasza bohaterka ma miecz, to jednak jest on chyba tępy, gdyż nawet wrogowie "cięci" ową klingą nie zostają rozpołowieni a jedynie tak padają komicznie. Jakbym oglądał let's play z Fable.

Aktorzy wywiązują się ze swoich ról przyzwoicie. Nagrody żadne z nich nie dostanie, ale i nie mieli na co liczyć. Słowem jest ok.

Muszę też przyznać się do jednego: cieszy mnie, że główny antagonista w filmie jest kim jest. Odgadłem jego tożsamość szybko, ale obawiałem się pomyłki z mojej strony. Scena ostatecznej walki też jest odpowiednio napakowana i tylko ostatnie słowa bohaterki sprawiły, iż prawie padłem ze śmiechu. 


Tu muszę powiedzieć kilka rzeczy o ideach, jakie ten film stara się pokazać. Nasza heroina w młodzieńczym zapale przez większość filmu operuje na logice z kiepskiej fantastyki, iż jeśli zabiję końcowego bossa, to wszystko samo się naprawi. Po przeciwnej stronie stoi zaś Steve Trevor, nie wierzący w magiczne rozwiązania i mający znacznie lepsze zrozumienie wojny.  
Osobiście byłbym znacznie bardziej zadowolony, gdyby nie było ostatniego przeciwnika. Gdyby Diana musiała zrozumieć, że świat nie jest tak prostym miejscem a zabicie tego złego nie likwiduje przyczyn, dla których ludzie walczą między sobą. Film próbuje zrobić ten numer, ale nie udaje się mu utrzymać tego tonu i szybko przechodzi do walki ze złym mrocznym kolesiem. 

I ponownie słowa Wonder Woman "Wierzę w miłość" po przywaleniu z super pioruna czy coś z siłą kilotony rozbawiło mnie jak cholera.

Podsumowując, mamy tu pierwszy obiektywnie solidny film o super-bohaterce ze stajni DC. Nie jest to coś, co może na poważnie rzucić rękawicy konkurencji, ale od czegoś trzeba zacząć. Fabuła jest głupia, walka przyzwoita. A film wojenny ma kategorię PG-13. 

Ode mnie 6/10 Niezły.

Jeśli podobał Ci się ten tekst, wspomóż rozwój bloga zostawiając komentarz tu i/lub na Facebooku. Jeśli już się tam znajdziesz, racz kopsnąć łapkę i być może polubić moją stronę. Dziękuję i pozdrawiam.


piątek, 7 października 2016

Gloria - Recenzja


Czasem powieść relaksuje, pozwala poczuć klimat opisywanych miejsc i czasów, zarówno w narracji jak i w rozmowach pomiędzy bohaterami. Czasem trzyma w napięciu, czytając ją szybko pochłaniamy kolejne strony nie mogąc doczekać się odpowiedzi na pytanie: Co będzie dalej? A czasem natrafia się na powieść, którą ma się ochotę wyrzucić przez okno po ośmiu stronach.

Czytałem wiele i w różnorodności. Nie straszny mi Zmierzch i nie ima się mnie Eragon. Mógłbym długo wymieniać rozmaite literackie barachła, jakie niegdyś wpadły w moje ręce. Zamiast tego jednak napiszę to: Gloria to najgorsza pozycja, z którą przyszło mi mieć do czynienia w tym roku.

Piszę te słowa świadomy ryzyka. Wiem, że piszę dla małego klubu w Łodzi i dyplomatyczna recenzja była by o wiele bardziej pożądana. Ostatecznie swój egzemplarz dostałem od wydawnictwa. Czy nie przestaną dawać nam książek, gdy uznają, iż robię im antyreklamę? Nie wiem. Podejmuję to ryzyko i w razie czego odpowiem za to. Będzie co ma być.

Gloria to pierwszy tom serii „Sprawiedliwi” pióra Moniki Błądek. Jest to powieść adresowana.
Oznacza to tyle: Nie ma żadnego powodu, by ktokolwiek w wieku wyższym niż naście sięgał po tę książkę. Nie jest dla dzieci, co to to nie. W toku fabuły pojawia się multum elementów nie tylko nieodpowiednich dla dzieci, ale i kompletnie dla nich nie zrozumiałych. Nie jest to książka dla dorosłych. Dziecinada wylewa się tu strumieniami. Pojawiają się tu wątki dotyczące polityki, nierówności społecznej, rasizmu, prześladowania na tle religijnym a wszystko to podane w formie przemyśleń siedemnastolatki o wiedzy i inteligencji trzynastolatki z dostępem do Kwejka.

Świat prezentowany nam przez panią Monikę to niedaleka przyszłość, gdzie Unia Europejska już nie funkcjonuje a cywilizacja zachodnia to jeden wielki ściek, slums i pryszczyca. Do jakiego stopnia? Ano już w pierwszym rozdziale towarzysz naszej protagonistki popełnia poczwórne morderstwo z nielegalnie posiadanej broni a dalej jest jeszcze zabawniej.

Autorka przetrenuje nam Europę zniszczoną przez socjalistów i lewicowe myślenie. Na ulicach toczą się wojny gangów, dżihad trwa w najlepsze a elity siedzą w luksusowych dzielnicach nie interesując się tym, co robi biedota. A pośród tego wszystkiego Gloria – nasza bohaterka.

Tak, to jest głupie imię. Pierwsze zdanie w książce mówi nam, że to głupie imię. I jest to naprawdę głupia bohaterka. Proszę o wybaczanie, ale ona jest po prostu wnerwiająca. Jej przemyślenia to czystej wody bzdury a charakter... To szczególnie problematyczne, ponieważ narracja jest pierwszoosobowa w czasie przeszłym. Tego samego dnia, którego dziewczyna była świadkiem poczwórnego morderstwa, jej głównym problemem jest to, iż „Jej ciotka traktuje ją jak dziecko”.

Czy takie wyskoki są sprytnym sposobem na pokazanie czytelnikowi, że w tym świecie morderstwa są na porządku dziennym? Czy też pani Błądek zdaje się nie rozumieć prostego faktu: Jeśli nie jesteś psychopatą, to napaść i morderstwo wywołują traumę, która nie przechodzi od tak po krótkim spacerze.

A przecież jeszcze nie doszedłem do tego, iż na to wszystko muszą się jeszcze nałożyć kosmici. Tak, kosmici. Bo przecież nie starczyło materiału i trzeba było dołożyć jeszcze obowiązkowe elementy fantastyczne a dzięki temu ta szmira ma status literatury fantastyczniej i trafiła w moje ręce.  

Warsztat pani Moniki to już wyższa forma nędzy i rozpaczy. Książka obfituje w kwiatki pokroju: Nie jestem rasistką, ALE drażnią mnie podziały rasowe. Motocykl wyprodukowano w 1942 PRZED drugą wojną światową... Nawet jednak jeśli pominiemy tego rodzaju wyskoki (jednak serio 1942 przed WWII) to prawdziwą katorgą jest sposób, w jaki ta książka została napisana. Ponieważ styl narracji jest, jaki jest, okazuje się że Gloria musi do co drugiego opisu dodać jakieś kwieciste porównanie. Gloria ciągle zasypuje opisy jakimiś bzdurami nie wnoszącymi nic do fabuły, ani do ogólnego obrazu sceny. Czy naprawdę było koniecznie poinformować nas o nadtopionej podeszwie buta towarzysza Glorii? Czy wnosi to cokolwiek do sceny? Nie. Czy ma jakiekolwiek znaczenie? Nie. Czy służy to czemukolwiek? Nie.

Takiego lania wody jest pełno. Mnóstwo drobnych, acz kompletnie przypadkowych szczegółów. Wreszcie doszedłem do wniosku, że te zdania nie zostały napisane po to, by ktokolwiek je czytał, ale po to, by zwiększyć objętość maszynopisu. Ostatecznie zacząłem je odruchowo pomijać i komfort lektury wzrósł z "akt masochizmu" na "mocno irytująca lektura".   

Dla kogo jest to zatem książka? Dla nie czytających nastolatek, fanek zmierzchu i pięćdziesięciu twarzy. To jest ten poziom. Fakt, iż ktokolwiek uważa, że Glorię można postawić na półce obok Igrzysk Śmierci może wywoływać tylko śmiech.

Jeśli macie w domach sfiksowane fanki chłamu, które uparcie nie chcą sięgnąć po coś z wyższej półki, kupuj. Jeśli jednak nie, to daruj sobie.



Tekst powstał z ramienia Łódzkiego Klubu Miłośników Fantastyki "Logrus" 




Książkę do recenzji udostępniło wydawnictwo Akurat




Pamiętaj, aby dać łapkę na FB, jeśli tylko podobał ci się ten tekst. Zapraszam też do komentowania
na fanpage'u Logrusa oraz Szarego Grabarza.  


niedziela, 12 czerwca 2016

Na początku był chaos...

Byłem na "filmie gorszym od Mario", jak to napisał jeden autorytet z zagranicy. Nie jestem pewien czy ów pan i ja oglądaliśmy te same filmy.

Uwaga! 

Osobiste Przemyślenia Autora (marudy mogą to pominąć).



Musimy sobie coś ustalić, nim przystąpię do właściwej recenzji.
Widzicie... Sposób, w jaki oglądam filmy, gram w gry video, czytam książki. Robię to z pewnym zaangażowaniem. Zawsze. Skupiam swoją uwagę na medium, „wyłączam się” na otaczający mnie świat. Ważne jest, aby to zrozumieć, ponieważ według mnie to tłumaczy dlaczego ja długo nie byłem w stanie pojąć, jak można przeczytać książkę lub obejrzeć film i nie wiedzieć, jakie są imiona bohaterów. Przecież są one powtarzane niemal cały czas, jak to możliwe, iż ich nie znasz?

Jest to możliwe ponieważ ogromna rzesza współczesnych widzów (i internetowych krytyków) doświadcza medium, jak taki krymski chan z Ogniem i Mieczem.

Oto WIDZ zasiadł w fotelu, jest znudzony i niezainteresowany. Siedzi sobie, ale nie zamierza poświęcić uwagi przedstawieniu. On\Ona mówi „Zabaw mnie filmie”, po czym patrzy niezainteresowany\a, jak film skacze, żongluje i śpiewa. Jednocześnie rozmyśla, jaki to dobry obiad czeka w domu, że szkoda, iż piwa nie można się napić w tym kinie, ale ładna ta dziewczyna dwa miejsca na lewo. I tym podobne. 

Tacy ludzie nie oglądają filmu w całości, dociera do nich może połowa scen. Wychodzą potem z sali i nie mają pojęcia, co obejrzeli. Jednak mamy dobę internetu, zatem nie jest ważne, iż nie wiedzą o czym mówią. Podzielą się swoim zdaniem z całym światem. 

Wielokrotnie oglądam i czytam recenzje różnych autorów i widzę/słyszę „film nie wyjaśnia tego, czy tamtego”, podczas gdy ja wiem, iż film wyjaśnił i wiem, w której scenie. Ergo, wiem, iż autor tej recenzji nie widział tej sceny, co oznacza, iż wypowiada się, nie zapoznawszy się z materiałem. 

Skąd ten przydługawy wstęp? Ano ponieważ Warcraft: Początek będzie obrywał i obrywa właśnie z tego powodu. Jednak jednocześnie film ma jedną WIELKĄ dziurę fabularną. Ale dojdziemy i do tego.

Koniec Prywatnego Marudzenia (Teraz już będzie o filmie).


Warcraft to film nakręcony dla fanów uniwersum. Nie jest on bezbłędną adaptacją,  lecz od razu widać, do kogo to wszystko jest kierowane. Czy to oznacza, iż film nie nadaje się dla nieuświadomionego widza? Niekoniecznie, ów widz musi jednak skupić się na tym, co ogląda, ponieważ akcja pędzi tutaj od początku, aż po sam koniec i nie ma wielu momentów na zaczerpnięcie oddechu.

Ja sam jestem wielkim fanem Warcrafta od „Jedynki” aż po „Tron Mrozu”, jednocześnie gardzę fabułą z MMO i prywatnie mam te wszystkie historie w d#$%@. Sama historia filmu to przerobiona wersja „Ostatniego Strażnika” z rozbudowanymi wątkami Orków. Dokonano wielu zmian i w mojej ocenie nie wszystkie są dobre.

Film jest zrozumiały, nawet dla laika. Występuje tylko jedna naprawdę wielka dziura w fabule i ona jedyna naprawdę mnie rozczarowała. Widzicie, wiele scen nie wyjaśnia wszystkiego do końca. Jednak to nie przeszkadza w zrozumieniu filmu. Jest jednak pewna „przemiana” jednego z bohaterów, która jest kompletnie niewyjaśniona i zostawia człowieka z WTF w głowie. Chyba, że ktoś przeczytał Ostatniego Strażnika... Mam takie odczucie, że wielu scen tu brakuje, jak gdyby jakaś małpa z nożyczkami dorwała się do taśmy. Krążą jednak plotki, iż w wydaniu DVD będzie edycja reżyserska a na niej 30-40 minut dodatkowych scen. Mam ogromną nadzieję, że to prawda ponieważ więcej scen mogłoby znacząco poprawić tępo tego filmu.

Sceny są szybkie, miejsca akcji zmieniają się błyskawicznie; przydałoby się trochę to rozwlec i uspokoić.

Było by też super, gdyby wywalono ten niedorzeczny wątek miłosny. Jest on co prawda w tle i nie zbliża się nawet to bycia „osią” tego filmu, jednak przez chwilę podczas seansu myślałem, iż mamy nowego "króla", iż romans Padme i Anakina doczekał się kogoś kto ich przerośnie. Ostatecznie Lotharowi i Garonie nie udało się tego dokonać, ale było blisko.

Pogadajmy o tym, jak to wygląda. Cudownie, mamy tu najlepsze CGI, jakie kiedykolwiek pojawiło się na ekranach kin. Wszystko tu wygląda tak jak trzeba. Orkowie, Krasnoludy, Elfy. Ludzie również wypadają znakomicie, stroje dla rycerzy i piechurów to cud i miód. Oraz, oczywiście, magia...


Magia to po prostu mistrzostwo świata. Kolorowa, efektowna, potężna. Nareszcie mamy na ekranie to, czego fani pragnęli do dawna. Najlepsze jednak, iż wszystkie efekty wyglądają, jak żywcem wyjęte z gier. Podrasowane do dziesiątej potęgi, ale to są te samie efekty. Chyba po raz pierwszy widzimy tak efektowne czary 
na ekranie. I biorę tu pod uwagę również osiem filmów o HP.

Co do aktorstwa, to trzeba przyznać jedno: Oskara za najlepszą rolę nikt tu nie dostanie. Niektóre kwestie brzmią trochę sztucznie jednak, ogólnie poziom jest średni. Akurat dobry to tego rodzaju kina. Przez większość czasu nie mam żadnych problemów, aby przyjąć, iż tam toczą się poważne rozmowy a bohaterowie przejmują się tym, co mówią i o czym mówią. Szału nie ma, ale i tragedii też.

A jak wygląda akcja? Tak jak powinna, jest heroicznie jak jasna cho%$#a. Wielkie młoty, pistolety, niedorzeczne miecze i szarża na gryfie. Podoba mi się jednak, iż zawsze widzimy, co się dzieje. Kamera jest względnie stabilna i możemy obserwować chaos w należytym porządku. Świetnie również pokazano walkę orków. Kiedy ork wali kogoś wielkim toporem lub młotem, to czuć tę siłę. Widać tę masę mięśni. Nieco sztucznie natomiast wypadają walki w tle. Czasami widać jak ork stoi i fechtuje się z rycerzem. Wpadka, panie i panowie twórcy.


I to jest Warcraft: Początek. Kolorowy ork razem z idiotycznie opancerzonym rycerzem walczą 
z powagą na twarzy. Mimo tego, iż jest bajkowo, film nie jest komedią i siebie samego traktuje poważnie. Najwyżej co jakiś czas puści oko 
do świadomego widza. Taki był Warcraft za czasów RTSów. Poważna fabuła i wylewająca się „epickość” oraz orczy wojownik śpiewający „Nie łatwo być zielonym”, gdy się trochę na niego poklikało.

Jeśli zaakceptujesz ten film jako to, czym jest – Warcraftem, nie Władcą Pierścieni, czy Grą o Tron będziesz bawić się dobrze. Jeśli nie jesteś w stanie tego zrobić, to lepiej daruj sobie seans.

Ja tak czy inaczej byłem już w kinie dwa razy i z całą pewnością pójdę znowu. Dla mnie, jako fana, ten film to miód na serce – nawet jeśli trzeba najpierw wydłubać trochę wosku z kubka.

Moja ocena to 7/10.

Jeśli podoba ci się to co robię daj mi "łapkę" i udostępnij mnie na Facebooku.



PS. Tyle samo dałem ostatniemu Kapitanowi Ameryce, ale wiecie co, tutaj nie mam żadnych problemów z motywacjami bohaterów. Za to film dostaje jeszcze plusa. 7+/10

O mnie

Moje zdjęcie
Mistrz Gry, okazjonalny grafoman, gawędziarz i marzyciel. Co jeszcze trzeba o mnie wiedzieć? Znajdziesz mnie też na FB.