piątek, 26 maja 2017

Piętnaście tysięcy złotych napiwku

"Uwaga, uwaga wiemy dlaczego Sapkowski nie lubi CD Projektu! Dostał tylko 15 tysięcy za swoje prawa do marki!" Taka wiadomość obiega internet dzięki uprzejmości grupy ludzi o wyjątkowych brakach w umiejętnościach czytania ze zrozumieniem i korzystania z tak podstawowych źródeł jak Google. O co zatem tu chodzi? Co mają z tym wspólnego Wrota Baldura?


Liczne kontrowersje dookoła postaci Andrzeja Sapkowskiego i jego stosunku wobec graczy oraz "neofitów" pośród fanów wiedźmina są doskonale znane wszystkim zainteresowanym. Choć wielu z fanów jego twórczości z zapałem broni wypowiedzi pana Andrzeja, ma to nieco desperacki charakter. Szczególnie komicznie wypadają tłumaczenia "sarkastycznym stylem bycia" słów o obracaniu się wśród ludzi inteligentnych, więc nie grających w gry. Lub oczywistych kłamstw Autora, jakoby wszystkie jego książki zostały przetłumaczone na język angielski przed premierą gier. Podczas gdy pierwotne tłumaczenie Czasu Pogardy było zaplanowane na 2008 rok (Wiedźmin miał swoją premierę w październiku 2007 roku) zaś ostatecznie wydano je w 2013 (Wiedźmin 2 miał premierę w 2012). Chrzest Ognia ukazał się w 2014, Wieża Jaskółki w 2016, zaś Pani Jeziora w marcu 2017.


Sapkowski niewątpliwie nie jest miłym człowiekiem, jego opinia w fandomie jest, nazwijmy to bardzo zła od wielu, wielu lat. Jednak zalew artykułów o 15 tysiącach oraz komentarze z nimi związane w tym wypadku stawiają graczy i fandom w roli matołów niewiedzących o czym pitolą.

Część Pierwsza - Fakty i Mity.


Mamy lata dziewięćdziesiąte, Andrzej Sapkowski podpisuje umowę ze studiem Metropolis, firmy założonej przez dwóch panów Adriana Chmielarza i Grzegorza Miechowskiego na początku lat dziewięćdziesiątych. Firma ta chce zrobić grę komputerową osadzoną w świecie z powieści pana Sapkowskiego opowiadających o przygodach Geralta z Rivii - Wiedźmina. Plany były dość ambitne, gra na swoich screenach była w 3D i mnie osobiście przypomina nieco styl wczesnych wersji Gothica lub ostatniej ze swojej serii: Ultimy IX: Ascension. Jednak los nie był łaskaw dla deweloperów i gra nigdy nie ujrzała światła dziennego. Wówczas prawa do Wiedźmina jako gry wideo powróciły do autora oryginału. Metropolis bowiem miało pozwolenie na produkcje tylko jednej gry. Tak przynajmniej wynika z dostępnych informacji. (Ciekawostką jest fakt, iż Wikipedia cytując magazyn CD Action podaje planowaną premierę gry na rok 1997 zaś teraz krąży informacja, jakoby prawa do marki studio nabyło w roku 98...)


Teraz, wedle ostatniej informacji za prawa Metropolis zapłaciło Sapkowskiemu 15 000 PLN brutto. Ta rewelacja pojawia się jednak z stwierdzeniem "prawdopodobnie" przyczepionym do kwoty.


W 1998 CD Projekt jest jeszcze maleńką firmą próbującą zaistnieć na marnym rynku wydawniczym ówczesnej Polski. CDP nie jest żadną stroną w tych umowach. Jakiekolwiek plany stworzenia własnej gry istnieją jedynie w sennych marzeniach założycieli firmy. Dopiero wydanie w kraju Wrót Baldura w roku 1999 wyniesie wydawnictwo do góry. Będzie to kamień milowy w historii CDP.


Studio deweloperskie CD Projekt Red zostanie założone dopiero w roku 2002. Zupełnie nowa firma musi dogadywać się z Sapkowskim od początku. Panowie z CDP proponują pisarzowi procent od zysków, ten jednak odmawia twierdząc iż "Żadnych zysków nie będzie". Umowa podpisana między stronami nie ma nic wspólnego z umową z lat dziewięćdziesiątych. Idiotyzmem jest też zakładać, iż CD Projekt nabyło prawa do marki wykupując studio Metropolis. Ludzie posługujący się tym "argumentem" zapominają, iż CDP wykupiło je w roku 2008, rok po premierze pierwszego wiedźmina.

Łączenie obecnej niechęci Sapkowskiego do CD Projektu, serii Wiedźmin oraz fanów-neofitów z umową sprzed dwudziestu lat zawartą z inną firmą, dotyczącej gry, która nigdy się nie pojawiła jest absurdem. A "redaktorzy" z bożej łaski powinni przestać kłamać w tytułach swoich artykułów i wprowadzać w błąd swoich czytelników.

Część Druga - Domysły

Teraz zaś skoro sprawę tych piętnastu kawałków mamy załatwioną, pozwolę sobie porzucić stabilny grunt faktów i dat, by zatopić się w oceanie domniemań i opinii. Skoro bowiem już podjąłem temat Wiedźmina i trwających od lat gównoburz dookoła jego autora oraz gier równie dobrze mogę zaprezentować swoją spojrzenie.

Andrzej Sapkowski nie ma bladego pojęcia o fabułach gier. To jest jasne i on sam powiedział to wielokrotnie. Nie może więc chodzić o licznie rozbieżności między wykreowanym przez niego "pseudoświatem" a uniwersum z gier. Seria Wiedźmin to świetne gry, ba, Wiedźmin 3 ma swoje zaszczytne miejsce w mojej Top 10 Ulubionych Gier cRPG. Są to jednak koszmarnie złe adaptacje. Jak jednak już napisałem Sapkowski tego nie wie, zatem to nie tu leży problem.

Czy chodzi o pieniądze? O to, że zainteresowany pluje sobie w brodę, gdyż nie docenił rynku gier oraz talentu i determinacji CDP, a teraz już za późno? Wydaje mi się, iż jest w tym część prawdy, jednak to nie może być wszystko.


Czy chodzi o fakt, iż CDP nie chciało, aby Sapkowski brał jakikolwiek udział w procesie pisana scenariusza poza okazjonalnym udzieleniu odpowiedzi na pytanie? Możliwe, to mogło zaboleć dumę pana Andrzeja.

Duma... Duma to istotna część pisarza, duma ze swoje pracy, chęć zostania zapamiętanym. Być cenionym za życia i szanowanym po śmierci jako ten który napisał... No właśnie... Napisał co?
Tolkien został zapamiętany jak autor Władcy Pierścieni i Hobbita. Choć przecież był aktywny przez dziesiątki lat. Zelazny został zapamiętany jako autor Kronik Amberu, Herbert jako autor Diuny. Andrzej Sapkowski zostanie zapamiętany jako twórca Wiedźmina... Albo i to nie.

Po pierwsze myślę, iż nasz naczelny polski pisarz fantasy boi się, że świat nie zapamięta go jako twórcy Wiedźmina. Lęka się, iż zostanie zepchnięty w poczet wyrobników piszących szmirowate książeczki na motywach gier wideo. ON, Król Polskiego Fantasy!


Ale co jeszcze? Nawet jeśli uda mu się zapewnić sobie tytuł autora Wiedźmina... Och, dlaczego właśnie Wiedźmina... Zdradzę wam sekret: Sapkowski chyba w ogóle nie lubi Wiedźmina. Ostatni tom sagi został wydany w 1999. Sapkowski zabił Geralta na koniec serii. Było oczywiste, że nie zamierza kontynuować tych powieści. Koniec. Koniec Wiedźmina, ale nie koniec jego pracy. Oto w latach 2002 - 2006 Sapkowski wykonuje tytaniczną pracę i wydaje swoje Magnum Opus - Trylogię Husycką. Serię pod każdym względem lepszą od Wiedźmina, znacznie trudniejszą w odbiorze, nie są to posiekane bajki i legendy w pseudoświecie. I co? I choć książki te sprzedają się dość dobrze nie mogą przysłonić Wiedźmina. Są za trudne dla neofickich gimboteuszy dla których już Saga była niemal nie do przejścia. Zobaczyli tacy łacinę i uciekli. A potem gry zrobiły niesamowitą karierę i wszelkie szanse na to by właśnie Trylogia Husycka była tym najważniejszym dziełem poszły się...


Tak mi się wydaje. Oczywiście nie mam na to żadnych dowodów a jedynie poszlaki w wypowiedziach i wywiadach. Być może pomyliłem niebo z gwiazdami odbitymi nocą na powierzchni stawu.

Jeśli podobał Ci się ten tekst, wspomóż rozwój bloga zostawiając komentarz tu i/lub na Facebooku. Jeśli już się tam znajdziesz, racz kopsnąć łapkę i być może polubić moją stronę. Dziękuję i pozdrawiam.

piątek, 7 października 2016

Gloria - Recenzja


Czasem powieść relaksuje, pozwala poczuć klimat opisywanych miejsc i czasów, zarówno w narracji jak i w rozmowach pomiędzy bohaterami. Czasem trzyma w napięciu, czytając ją szybko pochłaniamy kolejne strony nie mogąc doczekać się odpowiedzi na pytanie: Co będzie dalej? A czasem natrafia się na powieść, którą ma się ochotę wyrzucić przez okno po ośmiu stronach.

Czytałem wiele i w różnorodności. Nie straszny mi Zmierzch i nie ima się mnie Eragon. Mógłbym długo wymieniać rozmaite literackie barachła, jakie niegdyś wpadły w moje ręce. Zamiast tego jednak napiszę to: Gloria to najgorsza pozycja, z którą przyszło mi mieć do czynienia w tym roku.

Piszę te słowa świadomy ryzyka. Wiem, że piszę dla małego klubu w Łodzi i dyplomatyczna recenzja była by o wiele bardziej pożądana. Ostatecznie swój egzemplarz dostałem od wydawnictwa. Czy nie przestaną dawać nam książek, gdy uznają, iż robię im antyreklamę? Nie wiem. Podejmuję to ryzyko i w razie czego odpowiem za to. Będzie co ma być.

Gloria to pierwszy tom serii „Sprawiedliwi” pióra Moniki Błądek. Jest to powieść adresowana.
Oznacza to tyle: Nie ma żadnego powodu, by ktokolwiek w wieku wyższym niż naście sięgał po tę książkę. Nie jest dla dzieci, co to to nie. W toku fabuły pojawia się multum elementów nie tylko nieodpowiednich dla dzieci, ale i kompletnie dla nich nie zrozumiałych. Nie jest to książka dla dorosłych. Dziecinada wylewa się tu strumieniami. Pojawiają się tu wątki dotyczące polityki, nierówności społecznej, rasizmu, prześladowania na tle religijnym a wszystko to podane w formie przemyśleń siedemnastolatki o wiedzy i inteligencji trzynastolatki z dostępem do Kwejka.

Świat prezentowany nam przez panią Monikę to niedaleka przyszłość, gdzie Unia Europejska już nie funkcjonuje a cywilizacja zachodnia to jeden wielki ściek, slums i pryszczyca. Do jakiego stopnia? Ano już w pierwszym rozdziale towarzysz naszej protagonistki popełnia poczwórne morderstwo z nielegalnie posiadanej broni a dalej jest jeszcze zabawniej.

Autorka przetrenuje nam Europę zniszczoną przez socjalistów i lewicowe myślenie. Na ulicach toczą się wojny gangów, dżihad trwa w najlepsze a elity siedzą w luksusowych dzielnicach nie interesując się tym, co robi biedota. A pośród tego wszystkiego Gloria – nasza bohaterka.

Tak, to jest głupie imię. Pierwsze zdanie w książce mówi nam, że to głupie imię. I jest to naprawdę głupia bohaterka. Proszę o wybaczanie, ale ona jest po prostu wnerwiająca. Jej przemyślenia to czystej wody bzdury a charakter... To szczególnie problematyczne, ponieważ narracja jest pierwszoosobowa w czasie przeszłym. Tego samego dnia, którego dziewczyna była świadkiem poczwórnego morderstwa, jej głównym problemem jest to, iż „Jej ciotka traktuje ją jak dziecko”.

Czy takie wyskoki są sprytnym sposobem na pokazanie czytelnikowi, że w tym świecie morderstwa są na porządku dziennym? Czy też pani Błądek zdaje się nie rozumieć prostego faktu: Jeśli nie jesteś psychopatą, to napaść i morderstwo wywołują traumę, która nie przechodzi od tak po krótkim spacerze.

A przecież jeszcze nie doszedłem do tego, iż na to wszystko muszą się jeszcze nałożyć kosmici. Tak, kosmici. Bo przecież nie starczyło materiału i trzeba było dołożyć jeszcze obowiązkowe elementy fantastyczne a dzięki temu ta szmira ma status literatury fantastyczniej i trafiła w moje ręce.  

Warsztat pani Moniki to już wyższa forma nędzy i rozpaczy. Książka obfituje w kwiatki pokroju: Nie jestem rasistką, ALE drażnią mnie podziały rasowe. Motocykl wyprodukowano w 1942 PRZED drugą wojną światową... Nawet jednak jeśli pominiemy tego rodzaju wyskoki (jednak serio 1942 przed WWII) to prawdziwą katorgą jest sposób, w jaki ta książka została napisana. Ponieważ styl narracji jest, jaki jest, okazuje się że Gloria musi do co drugiego opisu dodać jakieś kwieciste porównanie. Gloria ciągle zasypuje opisy jakimiś bzdurami nie wnoszącymi nic do fabuły, ani do ogólnego obrazu sceny. Czy naprawdę było koniecznie poinformować nas o nadtopionej podeszwie buta towarzysza Glorii? Czy wnosi to cokolwiek do sceny? Nie. Czy ma jakiekolwiek znaczenie? Nie. Czy służy to czemukolwiek? Nie.

Takiego lania wody jest pełno. Mnóstwo drobnych, acz kompletnie przypadkowych szczegółów. Wreszcie doszedłem do wniosku, że te zdania nie zostały napisane po to, by ktokolwiek je czytał, ale po to, by zwiększyć objętość maszynopisu. Ostatecznie zacząłem je odruchowo pomijać i komfort lektury wzrósł z "akt masochizmu" na "mocno irytująca lektura".   

Dla kogo jest to zatem książka? Dla nie czytających nastolatek, fanek zmierzchu i pięćdziesięciu twarzy. To jest ten poziom. Fakt, iż ktokolwiek uważa, że Glorię można postawić na półce obok Igrzysk Śmierci może wywoływać tylko śmiech.

Jeśli macie w domach sfiksowane fanki chłamu, które uparcie nie chcą sięgnąć po coś z wyższej półki, kupuj. Jeśli jednak nie, to daruj sobie.



Tekst powstał z ramienia Łódzkiego Klubu Miłośników Fantastyki "Logrus" 




Książkę do recenzji udostępniło wydawnictwo Akurat




Pamiętaj, aby dać łapkę na FB, jeśli tylko podobał ci się ten tekst. Zapraszam też do komentowania
na fanpage'u Logrusa oraz Szarego Grabarza.  


niedziela, 12 czerwca 2016

Na początku był chaos...

Byłem na "filmie gorszym od Mario", jak to napisał jeden autorytet z zagranicy. Nie jestem pewien czy ów pan i ja oglądaliśmy te same filmy.

Uwaga! 

Osobiste Przemyślenia Autora (marudy mogą to pominąć).



Musimy sobie coś ustalić, nim przystąpię do właściwej recenzji.
Widzicie... Sposób, w jaki oglądam filmy, gram w gry video, czytam książki. Robię to z pewnym zaangażowaniem. Zawsze. Skupiam swoją uwagę na medium, „wyłączam się” na otaczający mnie świat. Ważne jest, aby to zrozumieć, ponieważ według mnie to tłumaczy dlaczego ja długo nie byłem w stanie pojąć, jak można przeczytać książkę lub obejrzeć film i nie wiedzieć, jakie są imiona bohaterów. Przecież są one powtarzane niemal cały czas, jak to możliwe, iż ich nie znasz?

Jest to możliwe ponieważ ogromna rzesza współczesnych widzów (i internetowych krytyków) doświadcza medium, jak taki krymski chan z Ogniem i Mieczem.

Oto WIDZ zasiadł w fotelu, jest znudzony i niezainteresowany. Siedzi sobie, ale nie zamierza poświęcić uwagi przedstawieniu. On\Ona mówi „Zabaw mnie filmie”, po czym patrzy niezainteresowany\a, jak film skacze, żongluje i śpiewa. Jednocześnie rozmyśla, jaki to dobry obiad czeka w domu, że szkoda, iż piwa nie można się napić w tym kinie, ale ładna ta dziewczyna dwa miejsca na lewo. I tym podobne. 

Tacy ludzie nie oglądają filmu w całości, dociera do nich może połowa scen. Wychodzą potem z sali i nie mają pojęcia, co obejrzeli. Jednak mamy dobę internetu, zatem nie jest ważne, iż nie wiedzą o czym mówią. Podzielą się swoim zdaniem z całym światem. 

Wielokrotnie oglądam i czytam recenzje różnych autorów i widzę/słyszę „film nie wyjaśnia tego, czy tamtego”, podczas gdy ja wiem, iż film wyjaśnił i wiem, w której scenie. Ergo, wiem, iż autor tej recenzji nie widział tej sceny, co oznacza, iż wypowiada się, nie zapoznawszy się z materiałem. 

Skąd ten przydługawy wstęp? Ano ponieważ Warcraft: Początek będzie obrywał i obrywa właśnie z tego powodu. Jednak jednocześnie film ma jedną WIELKĄ dziurę fabularną. Ale dojdziemy i do tego.

Koniec Prywatnego Marudzenia (Teraz już będzie o filmie).


Warcraft to film nakręcony dla fanów uniwersum. Nie jest on bezbłędną adaptacją,  lecz od razu widać, do kogo to wszystko jest kierowane. Czy to oznacza, iż film nie nadaje się dla nieuświadomionego widza? Niekoniecznie, ów widz musi jednak skupić się na tym, co ogląda, ponieważ akcja pędzi tutaj od początku, aż po sam koniec i nie ma wielu momentów na zaczerpnięcie oddechu.

Ja sam jestem wielkim fanem Warcrafta od „Jedynki” aż po „Tron Mrozu”, jednocześnie gardzę fabułą z MMO i prywatnie mam te wszystkie historie w d#$%@. Sama historia filmu to przerobiona wersja „Ostatniego Strażnika” z rozbudowanymi wątkami Orków. Dokonano wielu zmian i w mojej ocenie nie wszystkie są dobre.

Film jest zrozumiały, nawet dla laika. Występuje tylko jedna naprawdę wielka dziura w fabule i ona jedyna naprawdę mnie rozczarowała. Widzicie, wiele scen nie wyjaśnia wszystkiego do końca. Jednak to nie przeszkadza w zrozumieniu filmu. Jest jednak pewna „przemiana” jednego z bohaterów, która jest kompletnie niewyjaśniona i zostawia człowieka z WTF w głowie. Chyba, że ktoś przeczytał Ostatniego Strażnika... Mam takie odczucie, że wielu scen tu brakuje, jak gdyby jakaś małpa z nożyczkami dorwała się do taśmy. Krążą jednak plotki, iż w wydaniu DVD będzie edycja reżyserska a na niej 30-40 minut dodatkowych scen. Mam ogromną nadzieję, że to prawda ponieważ więcej scen mogłoby znacząco poprawić tępo tego filmu.

Sceny są szybkie, miejsca akcji zmieniają się błyskawicznie; przydałoby się trochę to rozwlec i uspokoić.

Było by też super, gdyby wywalono ten niedorzeczny wątek miłosny. Jest on co prawda w tle i nie zbliża się nawet to bycia „osią” tego filmu, jednak przez chwilę podczas seansu myślałem, iż mamy nowego "króla", iż romans Padme i Anakina doczekał się kogoś kto ich przerośnie. Ostatecznie Lotharowi i Garonie nie udało się tego dokonać, ale było blisko.

Pogadajmy o tym, jak to wygląda. Cudownie, mamy tu najlepsze CGI, jakie kiedykolwiek pojawiło się na ekranach kin. Wszystko tu wygląda tak jak trzeba. Orkowie, Krasnoludy, Elfy. Ludzie również wypadają znakomicie, stroje dla rycerzy i piechurów to cud i miód. Oraz, oczywiście, magia...


Magia to po prostu mistrzostwo świata. Kolorowa, efektowna, potężna. Nareszcie mamy na ekranie to, czego fani pragnęli do dawna. Najlepsze jednak, iż wszystkie efekty wyglądają, jak żywcem wyjęte z gier. Podrasowane do dziesiątej potęgi, ale to są te samie efekty. Chyba po raz pierwszy widzimy tak efektowne czary 
na ekranie. I biorę tu pod uwagę również osiem filmów o HP.

Co do aktorstwa, to trzeba przyznać jedno: Oskara za najlepszą rolę nikt tu nie dostanie. Niektóre kwestie brzmią trochę sztucznie jednak, ogólnie poziom jest średni. Akurat dobry to tego rodzaju kina. Przez większość czasu nie mam żadnych problemów, aby przyjąć, iż tam toczą się poważne rozmowy a bohaterowie przejmują się tym, co mówią i o czym mówią. Szału nie ma, ale i tragedii też.

A jak wygląda akcja? Tak jak powinna, jest heroicznie jak jasna cho%$#a. Wielkie młoty, pistolety, niedorzeczne miecze i szarża na gryfie. Podoba mi się jednak, iż zawsze widzimy, co się dzieje. Kamera jest względnie stabilna i możemy obserwować chaos w należytym porządku. Świetnie również pokazano walkę orków. Kiedy ork wali kogoś wielkim toporem lub młotem, to czuć tę siłę. Widać tę masę mięśni. Nieco sztucznie natomiast wypadają walki w tle. Czasami widać jak ork stoi i fechtuje się z rycerzem. Wpadka, panie i panowie twórcy.


I to jest Warcraft: Początek. Kolorowy ork razem z idiotycznie opancerzonym rycerzem walczą 
z powagą na twarzy. Mimo tego, iż jest bajkowo, film nie jest komedią i siebie samego traktuje poważnie. Najwyżej co jakiś czas puści oko 
do świadomego widza. Taki był Warcraft za czasów RTSów. Poważna fabuła i wylewająca się „epickość” oraz orczy wojownik śpiewający „Nie łatwo być zielonym”, gdy się trochę na niego poklikało.

Jeśli zaakceptujesz ten film jako to, czym jest – Warcraftem, nie Władcą Pierścieni, czy Grą o Tron będziesz bawić się dobrze. Jeśli nie jesteś w stanie tego zrobić, to lepiej daruj sobie seans.

Ja tak czy inaczej byłem już w kinie dwa razy i z całą pewnością pójdę znowu. Dla mnie, jako fana, ten film to miód na serce – nawet jeśli trzeba najpierw wydłubać trochę wosku z kubka.

Moja ocena to 7/10.

Jeśli podoba ci się to co robię daj mi "łapkę" i udostępnij mnie na Facebooku.



PS. Tyle samo dałem ostatniemu Kapitanowi Ameryce, ale wiecie co, tutaj nie mam żadnych problemów z motywacjami bohaterów. Za to film dostaje jeszcze plusa. 7+/10

czwartek, 3 marca 2016

RPG nie umiera?

Ostatnio pojawił się artykuł o zachęcającym tytule „RPG umiera” i choć trąci mi nieco podejściem do nagłówków charakteryzujące „dziennikarzy” z FAKTycznych FAKTów i innych im podobnych osobistości postanowiłem przeczytać i dorzucić swoje trzy szekle do wspólnego garnca. Ostatecznie co komu szkodzi, jeśli wypowie się jakiś tam grabarz-szaraczek...?


"Być albo nie być"



Wiele osób napisało to do tej pory a ja napiszę teraz: RPG ma się dobrze. Nikt nie umiera, ciśnienie w normie a w domu też wszyscy zdrowi. 

"ALE, ALE!" Zakrzyknąłby w tym momencie ktoś nadpobudliwy, głosem donośnym (gdyby ktokolwiek taki czytał moje posty). "Skoro, jak twierdzisz, RPG nie umiera, to czemu tyle się o tym mówi, co? Niby, że oni kłamią, a TY będziesz odkrywał wielkie prawdy?"

Niekoniecznie. Coś umiera, albo raczej jest w stanie tego dość bliskim. Nie jest to RPG, to jest rynek RPG. Produkcja podręczników do gier fabularnych jest obecnie mało dochodowa.  W Polsce jest to balans na granicy pomiędzy niskim dochodem a wręcz stratą. Wielkie marki jak D&D czy Warhammer mają się nieźle. Ale potem już długo, długo nic...

Oto przypuśćmy, iż taki Janusz ma pomysł na RPG. I co on ma z tym fantem zrobić? Jeśli wymyśli jakieś ciekawe założenia do mechaniki to już coś, ale natrafi na problem, jakim jest niechęć do uczenia się przepieprzonych zasad. Co mam na myśli? Znacie kogoś, kto regularnie gra w Kryształy Czasu? Bo ja nie. Wielkie, skomplikowane mechaniki mają swoją niewielką grupę fanów. 

Jednak jest ich zbyt mało, by utrzymać popyt na takie RPG. 

Ale może mechanika jest tu po prostu użytkowa. Może nasz Janusz wymyślił po prostu jakieś naprawdę świetne założenia do swojej gry? Cóż, tu też napotykamy na problem. Kto poza kolekcjonerami ma ochotę kupować kolejny RPG z „użytkowym światem fantasy nr 17”. Światem, który każdy ogarnięty MG sam sobie wymyśli w parę dni, a jak ma zacięcie do ołówka to i mapę całą sobie walnie. Chciało by się wam wydawać kasę? 

Aby się wybić potrzebny jest albo oryginalny i intrygujący pomysł, coś czego jeszcze nie było. Coś co przyciągnie uwagę... Albo można zrobić RPG z książek Martina... To prędzej przyciągnie uwagę. 

Problem podstawowy na jaki natrafią chętni twórcy gier fabularnych to fakt, iż RPG to nie cRPG. Tu nie zestarzeje się grafika, tu nie znudzi się fabuła. Tu znudzić może co najwyżej mechanika. Ale kto myśli w takich kategoriach? Z pewnością nie ludzie do dziś grający w D&D 3.5 czy Warhammera 2ed. Papierowe RPG wolno się starzeje. 

Inna sprawa to ludzi tacy jak ja. W mojej biblioteczce jest D&D 3.5, Mag ze starego WoD, Krew i Honor oraz od groma PDFów. Wiecie zaś co najczęściej prowadzę? Samoróbki – własne, proste mechaniki. Ich zrobienie trwa jeden/dwa wieczory. Potem tylko trzasnąć kartę postaci (jeśli mi się chce to w Gimpie a jak nie, to w pakiecie biurowym) i tyle. Mogę grać, mogę prowadzić. 

I co, RPG od tego umiera? Nie, rynek od tego umiera.


Dlatego gdy ktoś chce wydać podręcznik do nowego systemu udaje się na Polak Potrafi, czy inne tego rodzaju strony. Bez własnych pieniędzy (niemałych) każdy wydawca po prostu go zlekceważy. I będzie miał sporo racji, bo na tym się dziś nie zarabia. Nowy system nie sprzeda się w tysiącach egzemplarzy.

Dlatego na przykład Neuroshima obecnie leży i zdycha. Nie że nikt w to nie gra. Ale wydawca nie ma ochoty znowu pakować się w grosze z RPG, kiedy może trzaskać kasę na grach planszowych. Dlatego dostać dzisiaj nowy Monastyr to niepodobieństwo. O starych wydaniach zagranicznych gier nie ma nawet co wspominać. 

Jeśli zaś chodzi o gry z zagranicy... Bieda z nędzą. Nikt niemal tego nie chce robić. Ostatnio wydano Dark Heresy II, a wcześniej przez crowdfunding zbierano kasę na polską edycję Gry o Tron. 

Taki jest stan rynku RPG w Polsce. O tym jak jest za granicą nie wiem.

Pytanie jednak brzmi: Czy przez to wszystko ginie RPG?

Cóż, kiedy niedawno zarzuciłem informacją, że prowadzę w Łodzi kolejną kampanię, potrzebnych mi graczy zebrałem w 24 godziny. Ponad połowa to ludzie, z którymi nigdy wcześniej nie grałem. Prowadzę regularnie siódmy rok, przez ten czas bardzo rzadko zdarzało się, by w drużynie nie było kogoś, kto grał pierwszy/drugi raz w życiu. Coś mi więc mówi, iż pogłoski o śmierci RPG jako formy rozrywki są mocno przesadzone (wiem, że ten tekst jest oklepany jak kelnerka w portowej gospodzie, ale nie mogłem się powstrzymać).

Jeśli masz własne przemyślenia na ten temat napisz komentarz tu lub na Facebooku. A gdyby ogarnęła cię ta niezwykła chęć pomagania bliźnim daj mi symboliczną łapkę i udostępnij ten post.






czwartek, 23 kwietnia 2015

Nie musisz ich zabijać...




Pewne niedawne zdarzenie na sesji skłoniło mnie do myślenia - przyznaję, iż  niezbyt odkrywczego.

Jak to jest z zabijaniem przeciwników w RPG?
Uruchomcie dowolną pozycję cRPG i zauważycie jedną rzecz - Zawsze zabijasz swoich przeciwników. Wyjątki następują tylko wtedy, gdy fabuła przewiduje, iż NPC jest "ważny". Wszyscy inni muszą umrzeć i ty, jako gracz, nie masz najmniejszego wyboru. Wdasz się w walkę - zabijasz.
W chwili obecnej ten schemat jest tak rozpowszechniony w świadomości graczy, że podczas moich sesji dla początkujących rzadko kiedy ktokolwiek sam z siebie postanowi nie zabijać przeciwnika. Na takim działaniu przyłapałem nie jeden raz, również bardziej zaawansowanych graczy.
A przecież nie ma powodu, by mordować każdego, kto postanowi zmierzyć się z drużyną. Jeśli postacie graczy nie są kompletnymi psychopatami, wręcz nie powinny tak lekko podchodzić do zadawanie śmierci.

Przeciwników można rozbroić, zastraszyć, zranić, ogłuszyć czy przepędzić. Możliwości jest wiele. Nie każda deklaracja podczas walki musi oznaczać "Staram się mu odciąć głowę"

A przyczyną takiej blokady w myśleniu są, moim zdaniem, właśnie schematy gier komputerowych. Każdy bohater cRPG to masowy morderca, który bez mrugnięcia okiem zabija setki, jeśli nie tysiące, wrogów. Bez jakiejkolwiek decyzji gracza w tej materii. Pasek życia spada - wróg jest martwy.
Jest jednak jeden znany mi chlubny wyjątek od tego, co napisałem wyżej.

W pierwszej części Gothica żaden ludzki przeciwnik nie umierał po tym, jak punkty życia się skończyły. Padali oni ranni na ziemię i to gracz sam z siebie musiał zdecydować, czy chce ich zabić. System nie był doskonały, jednak jest to coś ciekawego.
Kiedy jeden z kopaczy, na zlecenie pewnego wrednego strażnika, chciał mnie zabić, razem
z dwojgiem przyjaciół, pokonałem ich, ale nie zabiłem.  Kiedy leżeli ranni uznałem, iż nie jestem mordercą i poszedłem sobie (Kiedy grałem po raz pierwszy, potem się czasem ich dobijało).
Niby mała rzecz, a jednak ważny aspekt prawdziwych gier fabularnych. Po co zabijać wielkiego złego? Nie lepiej, jak moi gracze ostatnio - nałożyć na niego takie zaklęcie osłabiające, aby nie mógł się ruszyć,a potem związać, skopać i oddać władzom?
Takie moje myśli dziwne...


niedziela, 22 marca 2015

Szary Grabarz: MG – Jak to się zaczęło?


Gry fabularne to ważna część mojego życia od ponad pięciu lat. Nie może być inaczej, skoro regularnie siadam, by pisać kolejne sesje, zaczytuję się w podręcznikach i poświęcam masę wolnego czasu rysując mapy, plany miast, czy też układając karty postaci. W RPG jest coś wyjątkowego, coś czego próżno szukać w innych źródłach rozrywki. Takie jest przynajmniej moje zadnie na ten temat.Kiedy po raz pierwszy trafiłem do łódzkiej Kapituły, było to niejako przypadkiem. Idąc sobie ulicą pewnego słonecznego popołudnia, trafiłem na znajomego, ten zaś zapytał mnie czy wybieram się na Zombie Walk. Nie wiedziałem wtedy, że coś takiego w ogóle jest organizowane w Łodzi. Internetu wtedy nie miałem, zaś konta na facebooku tym bardziej. Nie miałem ani czasu, ani w co się przebrać, ale poszedłem pod Central myśląc, że przynajmniej sobie popatrzę. Ale stało się inaczej. 

Na miejscu spotkałem dawną przyjaciółkę, jeszcze z czasów podstawówki. Przedstawiła mnie paru swoim znajomym i w ten sposób poznałem przynajmniej kilku członków Kapituły. Wymalowali mi twarz i szybko dołączyłem do korowodu żywych trupów. Bawiłem się świetnie. Miałem podówczas dość długą przerwę od grania w RPG inne niż komputerowe. Nie znałem nikogo, kto by prowadził sesje a sam nie czułem się dość pewnie, by spróbować samemu.

Po tym dniu zacząłem regularnie odwiedzać klub, załapałem się na jedną kampanię. Bawiłem się doskonale. Po jakimś czasie jednak ta seria się skończyła i, z powodu niepasujących mi terminów, nie mogłem grać gdzieś indziej. Pomyślałem więc, by może spróbować samemu coś poprowadzić. Coś co zaczęło się jako luźny pomysł przy rozmowie, szybko przerodził się w krótką serie osadzoną w uniwersum Star Wars. Zanim się obejrzałem miałem czterech graczy i graliśmy co tydzień. Potem spróbowałem swoich sił w D&D. W następnym roku prowadziłem własną mechanikę. 

Dziś patrzę z pewnym rozczuleniem na tamte pierwsze sesje. Jedyna kampania SW która mi wypaliła :) Pierwszy flirt z prowadzeniem D&D... Przez te lata tworzyłem najdziwniejsze przygody, moi gracze polowali na szpiegów na ulicach siedemnastowiecznych miast, łapali przestępców jako agenci SOC na Cytadeli, zabijali demony w Mroźniej Północy i politykowali na dworach arystokratów. RPG dostarczyło mi mnóstwa frajdy przez te lata. Sesje były moją odskocznią, gdy życie kopało mnie w tyłek; sesje pozwalały mi poznawać nowych, fajnych ludzi; moją dziewczynę poznałem właśnie dzięki sesjom. Tak więc muszę powiedzieć, iż RPG było i jest czymś dobrym w moim życiu. 

W poniedziałek zaś ruszę po raz kolejny z kampanią w D&D. Można powiedzieć, że zatoczyłem koło. Mimo wszystko mam nadzieje, że zawsze będę mógł dostarczać dobrej zabawy moim graczom i że oni zawsze będą chcieli przychodzić na moje sesje.

PS. Post został napisany wczoraj, dziś zaś doszło do jeszcze jednego, ważnego wydarzenia. Podczas walnego zebrania Kapituły zostałem wybrany na członka zarządu – sekretarza klubu. Oznacza to, jak mnie poinformowano: Od dziś jestem wiceprezesem Stowarzyszenia ŁKMF Kapituła. Muszę przyznać, iż nie spodziewałem się tego, gdy wstawałem rano z łóżka.

piątek, 20 marca 2015

Kłamstwo księgarza

Jeśli kiedykolwiek byliście w jednej z sieciowych księgarni - wiecie, tych, gdzie pracownicy chodzą w firmowych koszulkach, zawsze podejdą do klienta zapytać czy mogą w czymś pomóc lub „jaką książkę dla pana/pani znaleźć” - prawdopodobnie raz czy dwa zdarzyło ci się poprosić takiego pracownika o pomoc w znalezieniu jakiejś pozycji. Jeśli udało ci się trafić na właściwego księgarza tzn. pozycja była z jego/jej zakresu zainteresowań prawdopodobnie dokonałaś udanego zakupu.
Dziś jednak chcę pogadać o innej stronie tej pracy. 

Po pierwsze: Księgarz kłamie.


Jeśli księgarz opowiada ci o tym, że jego siostra, matka, babka, ojciec czy ktokolwiek czytał tę książkę i poleca na 90 procent - łże jak pies. Mówi to, co kazano mu mówić. Podczas szkoleń kierownik czy kierowniczka bez ogródek każe pracownikom kłamać klientom, aby wcisnąć jak najwięcej towaru. Zwracaj szczególną uwagę, gdy taką bajkę słyszysz na temat książki leżącej przy kasie. To na pewno kłamstwo. Pracownik nigdy tej pozycji nie czytał, najwyżej przekartkował w pięć minut. Najczęściej jest to byle co, ale wydawca dogadał się z księgarnią i pracownik musi sprzedawać. Jest z tego, a jakże, rozliczany.

Po drugie: Te kamery nie są dla ochrony przed złodziejami.

Można tak pomyśleć, ale nic bardziej mylnego. Nie ma kogoś z ochrony siedzącego na zapleczu i patrzącego w monitor. Te kamery są po to, aby kontrolować pracowników. Dlatego właśnie nie można pokazać, iż się odpoczywa, gdy nie ma klientów. Trzeba wyglądać na zajętego, te kamery są sieciowe i pan prezes w centrali może sobie w chwili nudy popatrzeć jak się krzątają jego niewolnicy. Dlaczego niewolnicy?

Po trzecie: Inny świat.


Wiecie, że można przepracować dwa miesiące w centrum handlowym w dużym mieście i nie zobaczyć nawet swojej umowy? Można, jedna z dużych sieci księgarni praktykuje tak zwane „umowy wsteczne” Jak one działają? Nie wiem. Swojej nigdy nie zobaczyłem na oczy. Za to zobaczyłem wypłatę, o tak, gdy po miesiącu pracy, po sześć dni w miesiącu min. osiem godzin plus nadgodziny zobaczyłem stan przelewu myślałem, że ktoś nie okradł. Niepełne 700 PLN. 
Bez komentarza.

Po czwarte: Kup pan zakładkę.


Takie coś pojawia się nie tylko w księgarniach. Pierdoły przy kasie, które pracownik proponuje przy sprzedaży. Jadnak w księgarni osiąga to wybitny poziom głupoty. Powiedzcie mi, ile można kupić zakładek? Ja osobiście mam jedną. Nawet jej nie kupiłem, dostałem na Polconie. Jednak każdy pracownik musi sprzedawać „nakasówkę” jeśli nie sprzedaje jej odpowiednio dużo, jest opieprzany przez kierownika, bo „przecież nie dostaniemy premii a kierownik chcę premię”. Swoją drogą, przy stawkach, jakie płaci się „wykwalifikowanym księgarzom” (Cytat) nie dziwię się, iż tak bardzo ciśnie się ludzi na sprzedawanie tych śmieci. 

Po piąte: Co to za syf?


Szukasz fantastyki, ale na półce księgarni zamiast twoich ulubionych autorów leży tylko kupa makulatury? To nie jest wina pracownika odpowiedzialnego za dział. Księgarnia nie zamawia towaru, a raczej zamawia go bardzo niewiele. O tym, co przychodzi do sklepu, decyduje centrala, zaś nie można oddać beznadziejnych książek dopóki nie przeleżą trzech miesięcy. To oczywiście wywoduje straszny bałagan. Książki niepoczytnych autorów zalegają na półkach, z kolei nowe wciąż przychodzą. Za to znaleźć choć po jednym egzemplarzu każdego tomu z „Sagi o Wiedźminie” jest często jedynie marzeniem.

O mnie

Moje zdjęcie
Mistrz Gry, okazjonalny grafoman, gawędziarz i marzyciel. Co jeszcze trzeba o mnie wiedzieć? Znajdziesz mnie też na FB.