sobota, 25 lutego 2017

Dlaczego nie mam oczekiwań wobec Mass Effect: Andromeda?

Tekst zawiera lekkie spojlery dotyczące serii Mass Effect i Dragon Age.

Jestem fanem serii Mass Effect. Spędziłem setki godzin przy każdej części serii, przechodząc
je na wszystkie (lub też prawie wszystkie - nigdy nie zdobyłem się, aby np. doprowadzić do śmierci
Tali) dostępne sposoby. Długo czekałem na pierwsze informacje dotyczące najnowszej odsłony serii,
ostatecznie premiera każdej kolejnej części była przeze mnie wyczekiwana bardziej niż Gwiazdka.

Jednak w miarę, jak kolejne informacje od BioWare pojawiały się w Internecie, gdy kolejne elementy kampanii reklamowej, mającej przecież wzbudzać zainteresowanie, wychodziły na światło dzienne, mój entuzjazm malał. Obecnie nadal mam zamiar zagrać w ME: Andromeda, jednak nie mam żadnych pozytywnych oszczekiwań wobec tytułu. Przeciwnie, spodziewam się po niej wielu złych rzeczy.
Właśnie o nich oraz przyczynach mojej rezerwy będzie traktował ten tekst.

Szybkie wyjaśnienie:

Nie twierdzę, że ME:A będzie „crapem”. Czy tak będzie czy też nie, dowiem się po premierze. Krytyka, jakiej się podejmuję, jest wyłącznie subiektywną opinią. Nie uważam aby w jakikolwiek sposób rozsądne było przyrównywanie produkcji od BioWare do niskobudżetowych "growych" odpowiedników filmów klasy B czy C. Jeśli ktoś aspiruje do miana "Mistrza gier RPG"
(tym i podobnymi tytułami, wielokrotnie określano to studio) należy oczekiwać więcej od dzieł takiego dewelopera. Masz inne zdanie?
Świetnie, ale pozwól mi mieć moje.


Korporacyjny "miękki" reboot.


Najnowsza część ME nie jest tak naprawdę kolejną częścią ME. Nie będzie miała (a przynajmniej
nic nie wskazuje, by miała mieć) niemal nic wspólnego z oryginalną Trylogią. Oczywiście zapożyczy
sobie ogólną stylistykę, rasy, tło fabularne. Jednak historia dzieje się w innej galaktyce, nie możemy
liczyć na odwiedziny w dawniej odwiedzonych miejscach. Nie poznamy dalszych losów świata,
w którym spędziliśmy tyle czasu podczas gry w trylogię. Andromeda jest bowiem zupełnie inną
produkcją, do której przylepiono markę Mass Effect w celu przyciągnięcia starych fanów.

Jaka jest przyczyna dla umieszczenia akcji tak daleko i niemal pełnego odcięcia się od poprzedników? Akurat to jest dość proste. Fabuła Trylogii pod względem technicznym jest koszmarem, zaś zakończenie (nieistotne które) wyklucza możliwość zrobienia kolejnej wielkiej gry w stylu obecnego EA-BioWare.

Koniec historii pierwszego ludzkiego agenta biura Wywiadu I Działań Militarno-Obronnych napisano w stylu wymuszającym na ewentualnej kontynuacji „Syndrom Szatana”.


Pisałem o nim już wcześniej. Polega to na tym, iż przed galaktyką stanęło już największe możliwe
zagrożenie – Żniwiarze. Zostało ono wyeliminowane i teraz próba wymyślenia czegoś jeszcze
większego i bardziej niebezpiecznego będzie absurdalna. Możemy więc postawić galaktykę wobec
mniejszego zagrożenia, możemy zabawić się z bardziej inteligentnym pisarstwem, możemy być
kreatywni i postawić na coś nowego w uniwersum.

Ale mówimy tu o BioWare. Firmie, która nie pamięta już, co oznaczają takie wyrażenia. Dlatego,
aby się doszczętnie nie zbłaźnić, robimy miękki reboot. Dzięki temu możemy napisać kolejną
Space Operę z „mrocznym” głównym złym do obicia i ponownie będziemy na bezpiecznych wodach.

Nie, żebym spodziewał się czegoś innego. Ostatecznie scenarzyści tej firmy są tak wyprani
z pomysłów, że na głównego antagonistę w Dragon Age Inkwizycja wybrali martwego bosa
prosto z nudnego DLC do swojej najgorszej gry wyprodukowanej w XXI wieku.


Fabularna Czarna Dziura


Jak napisałem wyżej: Rozumiem zakulisowe przyczyny miękkiego rebootu. Jednak to jak został
on nam przedstawiony i wytłumaczony w materiałach produkcyjnych (i nie ma żadnych powodów, aby wierzyć, iż w grze coś się zmieni) jest skrajnie idiotyczny i tworzy dziury fabularne już na samym wstępie. Ekspedycja na Andromedę nie ma sensu – zorganizowano ją pomiędzy akcją pierwszej a drugiej części serii. W jakim celu? Na początku Mass Effect dowiadujemy się, że odwiedzono lub zbadano mniej niż 1% systemów gwiezdnych w galaktyce Drogi Mlecznej.

Cytat z jednej postaci w ME:A
"Droga Mleczna była taka... oklepana. Wszędzie ktoś już przede mną był."
Tak, wszędzie. Zbadano 1%, ale przecież to wyczerpuje temat. Ma sens lecieć do innej galaktyki; przecież tu już nic nas nie zaskoczy...

Przecież wobec ogromnych problemów, jakie ma społeczność galaktyczna, taka wyprawa ma mnóstwo sensu... Niedawno zaatakowano Cytadelę, Ludzkość dopiero zyskuje na znaczeniu w polityce galaktycznej. To wszystko się dodaje...

SSV Normandia to był prototypowy i drogi, naprawdę drogi statek. Jak dowiadujemy się
w grze, jego cena była porównywalna z ceną krążownika. Wyobraźmy sobie fundusze niezbędne do sfinansowania tych wszystkich okrętów dla "Inicjatywy Andromeda" oraz ich technologii. Kto, przepraszam, wyłożył takie pieniądze? Przymierze Systemów, które łata swoją flotę? Cytadela, która musi łatać swoją stację-stolicę oraz flotę?


Rozumiecie teraz? To wszystko działa dopóki się nad tym nie zastanawiasz. Wówczas bowiem wychodzą na jaw niemożliwe do załatania dziury fabularnie, nieścisłości i głupoty.

*


Fabuła, którą do tej pory się z nami podzielono, nie nastraja optymizmem. Wszystko bowiem wskazuje, że po raz kolejny dostaniemy „mrocznego” głównego złego, który do tego zabije/porwie/okaleczy nam ojca. Znowu będziemy jednoczyć innych przeciw temu „złemu” i ocalimy Andromedę przed tyranią czy coś...

Obym się mylił, ale wszystko do tej pory sugeruje nam historię „białego zbawiciela”, tylko że „biały” zastąpimy tu słowem „człowiek”. Oto do Andromedy przybędzie człowiek i ocali ją dzięki swojej super-mocy bycia człowiekiem.

Podsumowując: Nie mam oczekiwań, które miałbym odnośnie kontynuacji serii – ponieważ jest to nowa produkcja z dolepioną naklejką Mass Effet. Wyprodukowana przez studio, które od wielu wielu lat, nie jest w stanie pisać nic poza napompowaną emocjami sztampą. Jest to gra, z nieścisłościami fabularnymi już na etapie intra. Ciężko mieć tu jakieś wymagania.

Mimo tego chętnie doświadczę pozytywnego rozczarowania.


Prawdą jest, iż uprawiam tu czarnowidztwo. W mojej ocenie w sieci jest jednak dostatecznie dużo
pochwał i hype’u w stosunku do nowej gry. Jeśli jednak mylę się co do Andromedy, jeśli BioWare
pozytywnie mnie zaskoczy, z prawdziwą przyjemnością oświadczę, iż byłem w błędzie.
I muszę powiedzieć: Będę wówczas zadowolony.

Jeśli podobał Ci się ten tekst, a może nie zgadzasz się ze mną, napisz mi o tym na Facebooku. Jeśli zaś poczujesz ochotę, aby polubić lub udostępnić go znajomym nie wahaj się ani chwili.

poniedziałek, 7 listopada 2016

To elementarne Stark


Milion lat po wszystkich innych, ale mimo wszystko, recenzja najnowszego filmu ze stajni Marvela. Wszyscy już byliście na tym w kinie, jednak tak dla przyjemności i z kronikarskiego obowiązku niech będzie wiadomo: Film jest w porządku.

Nie mamy tu do czynienia z ogromną niespodzianką jak Ant-Man czy Strażnicy Galaktyki. Ten film
to był pewniak. Benedict Cumberbatch jako doktor Stephen Strange? Fani praktycznie o to błagali.
Poszliśmy do kin spodziewając się solidnego filmu i dostaliśmy dokładnie to: Solidny pierwszy film
o superbohaterze.



Doktor Strange jest neurochirurgiem, jednym
z najlepszych na świecie. Po tragicznym wypadku, w wyniku którego traci częściowo władzę w rękach i jego kariera się wali, szuka pomocy w medycynie alternatywnej, odnajduje czarodzieja i uczy się magii. Czy uda mu się stać lepszym człowiekiem i zostać bohaterem?
To już trzecia faza filmów Marvela... Jak Wam się wydaje?


Wiele osób przywołuje podobieństwa pomiędzy postaciami Iron Mana i Doktora Stranga. Owszem
można tu odnaleźć podobne motywy, jednak ja wskazał bym do tego osobę Sherlocka Holmesa
z serialu BBC. Cumberbatch w oczywisty sposób przeniósł wiele ze swojej gry tam do postaci tutaj.
Czy to źle? Nie powiedziałbym; te postacie są do siebie podobne pod wieloma względami a tam
gdzie różnice faktycznie występują, jest to bardzo dobrze zaznaczone i odegrane.

Strona wizualna robi bardzo dobre wrażenie. Niemożliwe panoramy niczym w Intercepcji i cuda, jakie twórcy robią z fraktalami, ogląda się świetne. Szczególnie polecam oglądać w 3D IMAX.
Do właśnie takich perełek te kina istnieją.

Można się przyczepić, że główny przeciwnik znowu był tylko słabym głąbem bez znaczenia
i równie dobrze mógłby go zastąpić demoniczny chomik z siedmiu piekieł. I nie ma znaczenia jak bardzo lubię Madsa Mikkelsena, jego występ tutaj jest słaby. A jest słaby nie dlatego, że aktor
"nie umie" a dlatego, iż Marviel nie potrafi robić dobrych antagonistów i co za tym idzie marnuje się ogromny potencjał wielu świetnych aktorów.

Jest fajnie, miejscami śmiesznie ale ogólnie lekko i przyjemnie. Film niczym niemal poza "tematem" nie różni się od innych produkcji Marvela. Magia to tylko kolejny zestaw super mocy.

Doktor Strange to typowy solidny film rozrywkowy, do jakich przyzwyczaił nas Marvel. Byłem raz dla siebie, raz z dziewczyną i nie czuję potrzeby, aby jeszcze kiedyś go widzieć. Jak dla mnie solidne "powyżej średniej".

6/10 Nieźle


wtorek, 11 października 2016

Pogadajmy o Star Wars - Podcast Kapituły i Łódzkiego Fanklubu Star Wars

Dawno, dawno temu w mieście Łodzi...

Na miesiąc przed premierą siódmego epizodu Gwiezdnych Wojen w niewielkiej sali, wynajmowanej przez Łódzki Klub Miłośników Fantastyki "Kapituła" grupa fanów odległej galaktyki spotkała się aby podyskutować.

Dziś, nareszcie treści tego posiedzenia można wysłuchać. Dla waszej wygody zamieszczam tu wszystkie potrzebne linki. Mam nadzieje iż spodoba się wam nasza gadanina. Niech Moc będzie z wami.











piątek, 7 października 2016

Gloria - Recenzja


Czasem powieść relaksuje, pozwala poczuć klimat opisywanych miejsc i czasów, zarówno w narracji jak
i w rozmowach pomiędzy bohaterami. Czasem trzyma
w napięciu, czytając ją szybko pochłaniamy kolejne strony nie mogąc doczekać się odpowiedzi na pytanie: Co będzie dalej?

A czasem natrafia się na powieść, którą ma się ochotę wyrzucić przez okno po ośmiu stronach.

Czytałem wiele i w różnorodności. Nie straszny mi Zmierzch i nie ima się mnie Eragon. Mógłbym długo wymieniać rozmaite literackie barachła, jakie niegdyś wpadły w moje ręce. Zamiast tego jednak napiszę to:
Gloria to najgorsza pozycja, z którą przyszło mi mieć
do czynienia w tym roku.

Piszę te słowa świadomy ryzyka. Wiem, że piszę dla małego klubu w Łodzi i dyplomatyczna recenzja była by o wiele bardziej pożądana. Ostatecznie swój egzemplarz dostałem od wydawnictwa. Czy nie przestaną dawać nam książek, gdy uznają, iż robię im antyreklamę? Nie wiem. Podejmuję to ryzyko i w razie czego odpowiem za to. Będzie co ma być.

Gloria to pierwszy tom serii „Sprawiedliwi” pióra Moniki Błądek. Jest to powieść adresowana.
Oznacza to tyle: Nie ma żadnego powodu, by ktokolwiek w wieku wyższym niż naście sięgał po tę książkę. Nie jest dla dzieci, co to to nie. W toku fabuły pojawia się multum elementów nie tylko nieodpowiednich dla dzieci, ale i kompletnie dla nich nie zrozumiałych. Nie jest to książka dla dorosłych. Dziecinada wylewa się tu strumieniami. Pojawiają się tu wątki dotyczące polityki, nierówności społecznej, rasizmu, prześladowania na tle religijnym a wszystko to podane w formie przemyśleń siedemnastolatki o wiedzy i inteligencji trzynastolatki z dostępem do Kwejka.

Świat prezentowany nam przez panią Monikę to niedaleka przyszłość, gdzie Unia Europejska już nie funkcjonuje a cywilizacja zachodnia to jeden wielki ściek, slums i pryszczyca. Do jakiego stopnia? Ano już w pierwszym rozdziale towarzysz naszej protagonistki popełnia poczwórne morderstwo z nielegalnie posiadanej broni a dalej jest jeszcze zabawniej.

Autorka przetrenuje nam Europę zniszczoną przez socjalistów i lewicowe myślenie. Na ulicach toczą się wojny gangów, dżihad trwa w najlepsze a elity siedzą w luksusowych dzielnicach nie interesując się tym, co robi biedota. A pośród tego wszystkiego Gloria – nasza bohaterka.

Tak, to jest głupie imię. Pierwsze zdanie w książce mówi nam, że to głupie imię. I jest to naprawdę głupia bohaterka. Proszę o wybaczanie, ale ona jest po prostu wnerwiająca. Jej przemyślenia to czystej wody bzdury a charakter... To szczególnie problematyczne, ponieważ narracja jest pierwszoosobowa w czasie przeszłym. Tego samego dnia, którego dziewczyna była świadkiem poczwórnego morderstwa, jej głównym problemem jest to, iż „Jej ciotka traktuje ją jak dziecko”.

Czy takie wyskoki są sprytnym sposobem na pokazanie czytelnikowi, że w tym świecie morderstwa są na porządku dziennym? Czy też pani Błądek zdaje się nie rozumieć prostego faktu: Jeśli nie jesteś psychopatą, to napaść i morderstwo wywołują traumę, która nie przechodzi od tak po krótkim spacerze.

A przecież jeszcze nie doszedłem do tego, iż na to wszystko muszą się jeszcze nałożyć kosmici. Tak, kosmici. Bo przecież nie starczyło materiału i trzeba było dołożyć jeszcze obowiązkowe elementy fantastyczne a dzięki temu ta szmira ma status literatury fantastyczniej i trafiła w moje ręce.  

Warsztat pani Moniki to już wyższa forma nędzy i rozpaczy. Książka obfituje w kwiatki pokroju: Nie jestem rasistką, ALE drażnią mnie podziały rasowe. Motocykl wyprodukowano w 1942 PRZED drugą wojną światową... Nawet jednak jeśli pominiemy tego rodzaju wyskoki (jednak serio 1942 przed WWII) to prawdziwą katorgą jest sposób, w jaki ta książka została napisana. Ponieważ styl narracji jest, jaki jest, okazuje się że Gloria musi do co drugiego opisu dodać jakieś kwieciste porównanie. Gloria ciągle zasypuje opisy jakimiś bzdurami nie wnoszącymi nic do fabuły, ani do ogólnego obrazu sceny. Czy naprawdę było koniecznie poinformować nas o nadtopionej podeszwie buta towarzysza Glorii? Czy wnosi to cokolwiek do sceny? Nie. Czy ma jakiekolwiek znaczenie? Nie. Czy służy to czemukolwiek? Nie.

Takiego lania wody jest pełno. Mnóstwo drobnych, acz kompletnie przypadkowych szczegółów. Wreszcie doszedłem do wniosku, że te zdania nie zostały napisane po to, by ktokolwiek je czytał, ale po to, by zwiększyć objętość maszynopisu. Ostatecznie zacząłem je odruchowo pomijać i komfort lektury wzrósł z "akt masochizmu" na "mocno irytująca lektura".   

Dla kogo jest to zatem książka? Dla nie czytających nastolatek, fanek zmierzchu i pięćdziesięciu twarzy. To jest ten poziom. Fakt, iż ktokolwiek uważa, że Glorię można postawić na półce obok Igrzysk Śmierci może wywoływać tylko śmiech.

Jeśli macie w domach sfiksowane fanki chłamu, które uparcie nie chcą sięgnąć po coś z wyższej półki, kupuj. Jeśli jednak nie, to daruj sobie.



Tekst powstał z ramienia Łódzkiego Klubu Miłośników Fantastyki "Logrus" 




Książkę do recenzji udostępniło wydawnictwo Akurat




Pamiętaj, aby dać łapkę na FB, jeśli tylko podobał ci się ten tekst. Zapraszam też do komentowania
na fanpage'u Logrusa oraz Szarego Grabarza.  


niedziela, 12 czerwca 2016

Na początku był chaos...

Byłem na "filmie gorszym od Mario", jak to napisał jeden autorytet z zagranicy. Nie jestem pewien czy ów pan i ja oglądaliśmy te same filmy.

Uwaga! 

Osobiste Przemyślenia Autora (marudy mogą to pominąć).



Musimy sobie ustalić pewne rzeczy nim przystąpię do właściwej recenzji.


Po pierwsze: Sposób, w jaki oglądam filmy, gram w gry video, czytam książki. Robię to z pewnym
zaangażowaniem. Zawsze. Skupiam swoją uwagę na medium, „wyłączam się” na otaczający mnie
świat. Ważne jest, aby to zrozumieć, ponieważ według mnie to tłumaczy dlaczego ja długo nie byłem
w stanie pojąć, jak można przeczytać książkę lub obejrzeć film i nie wiedzieć, jakie są imiona bohaterów. 
Przecież są one powtarzane niemal cały czas, jak to możliwe, iż ich nie znasz?

Jest to możliwe ponieważ ogromna rzesza współczesnych widzów (i internetowych krytyków) doświadcza medium, jak taki krymski chan z Ogniem i Mieczem.

Oto WIDZ zasiadł w fotelu, jest znudzony i niezainteresowany. Siedzi sobie, ale nie zamierza poświęcić uwagi przedstawieniu. On\Ona mówi „Zabaw mnie filmie”, po czym patrzy niezainteresowany\a,  jak film skacze, żongluje i śpiewa. Jednocześnie rozmyśla, jaki to dobry obiad czeka w domu, że szkoda, iż piwa nie można się napić w tym kinie, ale ładna ta dziewczyna dwa miejsca na lewo. I tym podobne.

Tacy ludzie nie oglądają filmu w całości, dociera do nich może połowa scen. Wychodzą potem z sali i nie mają pojęcia, co obejrzeli. Jednak mamy dobę internetu, zatem nie jest ważne, iż nie wiedzą o czym mówią. Podzielą się swoim zdaniem z całym światem.

Wielokrotnie oglądam i czytam recenzje różnych autorów i widzę/słyszę „film nie wyjaśnia tego, czy tamtego”, podczas gdy ja wiem, iż film wyjaśnił i wiem, w której scenie. Ergo, wiem, iż autor tej recenzji nie widział tej sceny, co oznacza, iż wypowiada się, nie zapoznawszy się z materiałem.

Skąd ten przydługawy wstęp? Ano ponieważ Warcraft: Początek będzie obrywał i obrywa właśnie z tego powodu. Jednak jednocześnie film ma jedną WIELKĄ dziurę fabularną. Ale dojdziemy i do tego.

Koniec Prywatnego Marudzenia (Teraz już będzie o filmie).


Warcraft to film nakręcony dla fanów uniwersum. Nie jest on bezbłędną adaptacją,  lecz od razu widać, do kogo to wszystko jest kierowane. Czy to oznacza, iż film nie nadaje się dla nieuświadomionego widza? Niekoniecznie, ów widz musi jednak skupić się na tym, co ogląda, ponieważ akcja pędzi tutaj od początku, aż po sam koniec i nie ma wielu momentów na zaczerpnięcie oddechu.

Ja sam jestem wielkim fanem Warcrafta od „Jedynki” aż po „Tron Mrozu”, jednocześnie gardzę fabułą z MMO i prywatnie mam te wszystkie historie w d#$%@.
Sama historia filmu to przerobiona wersja „Ostatniego Strażnika” z rozbudowanymi wątkami Orków. Dokonano wielu zmian i w mojej ocenie nie wszystkie są dobre.

Film jest zrozumiały, nawet dla laika. Występuje tylko jedna naprawdę wielka dziura w fabule i ona jedyna naprawdę mnie rozczarowała. Widzicie, wiele scen nie wyjaśnia wszystkiego do końca. Jednak to nie przeszkadza w zrozumieniu filmu. Jest jednak pewna „przemiana” jednego z bohaterów, która jest kompletnie niewyjaśniona i zostawia człowieka z WTF w głowie. Chyba, że ktoś przeczytał Ostatniego Strażnika...
Mam takie odczucie, że wielu scen tu brakuje, jak gdyby jakaś małpa z nożyczkami dorwała się do taśmy. Krążą jednak plotki, iż w wydaniu DVD będzie edycja reżyserska a na niej 30-40 minut dodatkowych scen. Mam ogromną nadzieję, że to prawda ponieważ więcej scen mogłoby znacząco poprawić tępo tego filmu.

Sceny są szybkie, miejsca akcji zmieniają się błyskawicznie; przydałoby się trochę to rozwlec i uspokoić.

Było by też super, gdyby wywalono ten niedorzeczny wątek miłosny. Jest on co prawda w tle i nie zbliża się nawet to bycia „osią” tego filmu, jednak przez chwilę podczas seansu myślałem, iż mamy nowego "króla", iż romans Padme i Anakina doczekał się kogoś kto ich przerośnie. Ostatecznie Lotharowi i Garonie nie udało się tego dokonać, ale było blisko.

Pogadajmy o tym, jak to wygląda. Cudownie, mamy tu najlepsze CGI, jakie kiedykolwiek pojawiło się na ekranach kin. Wszystko tu wygląda tak jak trzeba. Orkowie, Krasnoludy, Elfy. Ludzie również wypadają znakomicie, stroje dla rycerzy i piechurów to cud i miód. Oraz, oczywiście, magia...


Magia to po prostu mistrzostwo świata. Kolorowa, efektowna, potężna. Nareszcie mamy na ekranie to, czego fani pragnęli do dawna. Najlepsze jednak, iż wszystkie efekty wyglądają, jak żywcem wyjęte z gier. Podrasowane do dziesiątej potęgi, ale to są te samie efekty. Chyba po raz pierwszy widzimy tak efektowne czary 
na ekranie. I biorę tu pod uwagę również osiem filmów o HP.

Co do aktorstwa, to trzeba przyznać jedno: Oskara za najlepszą rolę nikt tu nie dostanie. Niektóre kwestie brzmią trochę sztucznie jednak, ogólnie poziom jest średni. Akurat dobry to tego rodzaju kina. Przez większość czasu nie mam żadnych problemów, aby przyjąć, iż tam toczą się poważne rozmowy a bohaterowie przejmują się tym, co mówią i o czym mówią. Szału nie ma, ale i tragedii też.

A jak wygląda akcja? Tak jak powinna, jest heroicznie jak jasna cho%$#a. Wielkie młoty, pistolety, niedorzeczne miecze i szarża na gryfie. Podoba mi się jednak, iż zawsze widzimy, co się dzieje. Kamera jest względnie stabilna i możemy obserwować chaos w należytym porządku. Świetnie również pokazano walkę orków. Kiedy ork wali kogoś wielkim toporem lub młotem, to czuć tę siłę. Widać tę masę mięśni. Nieco sztucznie natomiast wypadają walki w tle. Czasami widać jak ork stoi i fechtuje się z rycerzem. Wpadka, panie i panowie twórcy.


I to jest Warcraft: Początek. Kolorowy ork razem z idiotycznie opancerzonym rycerzem walczą 
z powagą na twarzy. Mimo tego, iż jest bajkowo, film nie jest komedią i siebie samego traktuje poważnie. Najwyżej co jakiś czas puści oko 
do świadomego widza. Taki był Warcraft za czasów RTSów. Poważna fabuła i wylewająca się „epickość” oraz orczy wojownik śpiewający „Nie łatwo być zielonym”, gdy się trochę na niego poklikało.

Jeśli zaakceptujesz ten film jako to, czym jest – Warcraftem, nie Władcą Pierścieni, czy Grą o Tron będziesz bawić się dobrze. Jeśli nie jesteś w stanie tego zrobić, to lepiej daruj sobie seans.

Ja tak czy inaczej byłem już w kinie dwa razy i z całą pewnością pójdę znowu. Dla mnie, jako fana, ten film to miód na serce – nawet jeśli trzeba najpierw wydłubać trochę wosku z kubka.

Moja ocena to 7/10.

Jeśli podoba ci się to co robię daj mi "łapkę" i udostępnij mnie na Facebooku.



PS. Tyle samo dałem ostatniemu Kapitanowi Ameryce, ale wiecie co, tutaj nie mam żadnych problemów z motywacjami bohaterów. Za to film dostaje jeszcze plusa. 7+/10

wtorek, 7 czerwca 2016

Gdzie wino i krew leją się jednako...

Oto nareszcie jedna z moich ulubionych gier komputerowych i jednocześnie numer 2 w Top 10 ulubionych gier cRPG doczekała się premiery ostatniego DLC. Alleluja!


Brak prawdziwych spojlerów w drodze więc można poczytać bez strachu.

Czekałem na to rozszerzenie jak dziki; tak się pięknie złożyło, iż 31 miałem wolny dzień, zatem
w nocy z 30 na 31 siedziałem przed komputerem, co rusz spoglądając na zegarek. Pobieranie trwało czterdzieści parę minut, co nie zaskakuje, bo pewnie nie ja jeden postanowiłem od razu dobrać się
do zawartości. W końcu parę minut przed drugą w nocy gra już uruchomiona a ja przechadzam się
ulicami Novigradu.

Do przejścia Krwi i Wina wybrałem zachowany pierwszy stan gry. Solennie postanowiłem nie grać
na postaci z Nowej Gry +, Moje doświadczenia z poprzednim dodatkiem skutecznie mi pokazały,
że tylko zepsułbym sobie zabawę.

Ruszam do gospody "Siedem Kotów" i czytam wywieszone ogłoszenie. Rycerze z Toussaint przybyli
do Velen w poszukiwaniu wiedźmina, nie jakiegoś tam pierwszego z brzegu, ale samego Białego Wilka. Odwiedzam zatem szlachetnych panów, a tu kto? Stary znajomy baron "Bycza Głowa".
Od razu ponownie poczułem klimat wiedźmińskiej sagi.

W tym rozszerzeniu spotkamy wielu starych znajomych. Oczywiście Xsiężna Anna Henrietta wiedzie pośród nich prym, lecz fani książek spotkają wiele osób, których obecność wzbudzi uśmiech radości na ich twarzach.
Jak trzyma się historia? Powiem szczerze, jestem rozdarty. Choć wielu będzie uważało, że sławetny wątek Krwawego Barona lub historia Pana Lusterko przewyższają opowieść z Krwi i Wina, to ja osobiście uważam, iż tu właśnie CD Projekt wspiął się na szczyt. Dlaczego? Ponieważ po raz pierwszy po ukończeniu głównego wątku miałem "doła". 

Ja, który nieledwie mrugnąłem na widok losu "Barona" Filipa. Ja, który nie próbował nawet przeszkadzać O'dimowi w jego robocie. Ja teraz poczułem się bardzo źle, gdy zrozumiałem, że moja decyzja prawdopodobnie skutkowała takim a nie innym losem dobrej i niewinnej osoby.

Decyzję taką podjąłem świadomie, a powodowała mną zwykła chciwość. Bałem się, iż jeśli zrobię inaczej, to stracę szansę na bogate i spokojne życie w mojej winnicy. Zatem zrobiłem coś innego. 
A potem było jak było...

Nie wiem, czy moje obawy były słuszne, może kiedyś to sprawdzę, ale teraz wiem, iż nawet jeśli nic takiego mi nie groziło to jednak deweloperom udało się przekonać mnie, iż moje wybory mają znaczenie i działanie z niskich pobudek może mieć olbrzymie konsekwencje. Nic dziwnego, iż mój Geralt na koniec po prostu topił smutki w wódce.

Mogłem się chociaż pośmiać z kilku naprawdę śmiesznych sytuacji podczas zadań pobocznych. Prawie się udławiłem, kiedy nagle okazało się, iż muszę "pójść do okienka nr 1 po zaświadczanie A38". 

Nie brakuje i historii bardziej w duchu opowiadań, dom wypełniony łyżkami i historia jego mieszkańca bardzo przypomina pierwsze opowiadania. Świetna historia o  klątwie będącej karą niewspółmierną do winy.

Graficznie nie ma o czym gadać, Wiedźmin 3 wyglądał mistrzowsko i teraz też wygląda mistrzowsko.
Nowy region jest oczywiście bardziej kolorowy, jaśniejszy, zaś ludzie ogólnie bardziej sympatyczni.
Nowe potwory wyglądają świetnie, w walce są upierdliwe jak powinny i, gdy wreszcie zdechną, daje
to odpowiednią dozę satysfakcji.

Inną sprawą jest natomiast kwestia nowych mutagenów. Powiem szczerze, nie jestem pod wrażeniem.
Po pierwsze cały proces ich odblokowywania jest dość powolny. Gdy już wykonamy specjalne zadanie poboczne i w nagrodę będziemy mogli "wykupić" nowe zdolności nagle okazuje się iż po pierwsze są one dość drogie, aktywna może być tylko jedna zdolność i co najgorsze: podpięli pod to nowe sloty na umiejętności.

Już w podstawce było jasne, iż te sloty aktywnych zdolności to durny pomysł. Zanim jeszcze rozpocząłem dodatek, miałem trzy maksymalnie rozwinięte umiejętności, których nie używałem bo mi się sloty skończyły. (Nie liczę już tych nierozwijalnych dających różne premie). Tu nagle okazuje się że dostajemy tylko cztery nowe okienka i dodatkowo są one schowane za blokadą. Aby je odblokować muszę wykupić wszystkie lub prawie wszystkie mutacje. Używam natomiast tylko jednej ponieważ po każdej zmianie aktywnej mutacji muszę od nowa przydzielać umiejętności do nowych slotów. Wnerwiające jak cholera.
Czy ten pomysł jakiś Overlord w CDPR rzucił po pijaku i reszta bała się mu postawić? Jak na tak dobrze przemyślaną i wykonaną grę to tak źle zrobiony patent naprawdę się wyróżnia.

Jest jasne, że ten przymus wrzucono abym miał gdzie przepuszczać punkty umiejętności ale to nie tak się robi. Nie chodzi o to by zmuszać mnie do rozwijania kompletnie niepotrzebnych pierdół ale o to by dać mi możliwość do stworzenia takiej postaci jaką chcę grać. Tutaj sztucznie wymusza się na graczu wąską specjalizację poprzez blokowanie wykupionych zdolności. To z kolei sprawia iż moja postać awansując prawie w ogóle nie zyskuje a wręcz traci. Liczyłem na poprawę tego błędu w dodatku razem ze zmianą interfejsu.

Skoro o tym mowa, nowe okna są dość przystępne, choć ekran ekwipunku wydaje mi się mniej intuicyjny od poprzedniego. Może to kwestia przyzwyczajenia ale teraz jest mi trudniej odnaleźć pewne przedmioty. Może jednak to minie gdy spędzę kolejne sto pięćdziesiąt godzin przy tych nowych okienkach.  

Ostatecznie Krew i Wino to świetne zamknięcie dla całej trylogii. Dostajemy szczęśliwie zakończenie o nieco gorzkim smaku, dokładnie tak jak powinno być. Teraz, gdy mam
te przygody za sobą, nie chcę kolejnej gry
o białowłosym zabójcy potworów. Myślę,
iż czas dać mu święty spokój. Niech odejdzie
na emeryturę w pełni chwały, niepokonany.
A jego miejsce powinni zając nowi bohaterowie, może ci, którzy rozbijać się będą po Night City?

To przed nami, teraz zaś ci wahający się jeszcze nad zakupem niech natychmiast idą kupić Wiedźmina 3 razem z wszystkimi DLC.

wtorek, 31 maja 2016

Top 10 Moich Ulubionych Gier cRPG (Numer 1)

Długo to trwało, ale nareszcie jesteśmy na miejscu. Pierwszym Miejscu. Jeśli jeszcze nie znasz poprzednich, tutaj są odnośniki 10-8, 7-5, 4-2

Muszę raz jeszcze podkreślić, iż cała ta topka to moja prywatna lista, ułożona według mojego
(zdaniem co poniektórych wypaczonego) gustu. Jest bardzo prawdopodobne, że nie zgodzicie
się z moim wyborem. Możliwe, iż wasza opinia jest kompletnym przeciwieństwem mojej. Jednakowoż dla mnie jest obecnie królewska para wszystkich cRPG, którym jeszcze nikt nie
odebrał pierwszego miejsca. I ze smutkiem widzę brak kogokolwiek kto miałby predyspozycje
do tego, by podnieść rzuconą przez nich rękawicę.

Zatem bez dalszych wstępów: Moją ulubioną grą cRPG na dzień dzisiejszy jest:

Werble...







Wiem, że to technicznie rzecz ujmując oszustwo, lecz mam to gdzieś; od wielu lat oba tytuły
są u mnie na jednym krążku DVD i, gdy je przechodzę, robię to płynnie. Prawdę powiedziawszy bardzo bym chciał, aby kiedyś powstał remake tych dwojga w osobie jednej wspaniałej produkcji.

Oczywiście biorąc pod uwagę, iż Piranha Bytes to dziś chyba tylko banda niekompetentnych stażystów, którzy od czasu właśnie Gothica II - Noc Kruka nie zrobili nic, co by mogło choć przypominać dobrą grę, szanse na spełnienie moich marzeń są raczej zerowe.

Gothic, ten Gothic... Jak to się stało,
że tak świetny tytuł i tak dobre patenty nie zainspirowały kogoś do zrobienia duchowego następcy?

Trafiamy do otwartego świata mając pełną wolność podróżowania. Oczywiście, jeśli spotkamy wielkiego potwora, to zginiemy,
ale to ryzyko związane z bieganiem bez przygotowania po niebezpiecznym terenie. Ostatecznie, jedna z pierwszych napotkanych postaci uprzejmie ostrzega nas, aby nie wchodzić do lasu "zwłaszcza nocą".

Zaczynamy na dole łańcucha pokarmowego, aby powoli piąć się do góry w hierarchii a cały ten czas rozumiemy, że nie ratujemy tu świata, nie jesteśmy bohaterem a ta kolonia poradziła by sobie bez nas...
Ale czy na pewno? A może działają tu nieznane siły i nasze działanie jest podyktowane wolą przeznaczenia? To może się dopiero okazać.

To, kim będziemy zależy od tego, czego i od kogo będziemy się uczyć. Dlatego tak ważne jest
dołączenie do jednego z obozów obecnego w Górniczej Dolinie (miejscu akcji pierwszej części).
Trenerzy z dobrej woli albo za opłatą nauczą nasz tego, czego będziemy potrzebowali, jednak
ci najlepsi nie będą dzielić się wiedzą z potencjalnym wrogiem, Trzeba sobie zaskarbić ich zaufanie.

Gdybym miał jednym słowem opisać Gothica, było by to słowo: Immersja

Oto idę do lasu na polowanie, potrzebuję skór, aby obrócić je
w walutę i kupić magiczny zwój od czarodzieja w innym obozie. Poluję na ścierwojady, zbieram mięso, aż wreszcie trafiam
na watahę wilków. Pierwsze strzały z łuku pomagają, lecz sfora prędko mnie otacza i dobywam topora. 


Odnoszę rany, lecz mam też to, czego szukałem. Nie mam mikstur leczących a jestem ranny. Nagle słyszę ciężkie fuknięcie za plecami. Nie oglądam się, od razu rzucam do ucieczki. Cholerny cieniostwór... Po resztę skór wrócę później, jeśli jeszcze tam będą.

Docieram do obozu myśliwych; nie ma tu pryczy, na której mógłbym zasnąć, ale jest ognisko. Zjadam kilka leczących ziół
i podchodzę do ognia, aby usmażyć zdobyte mięso. Lepiej smakuje oraz można je sprzedać w obozie za większe pieniądze. Jem porządny posiłek, popijam go ryżową wódką. Jestem teraz w wystarczająco dobrym stanie, aby spróbować dotrzeć do "Nowego Obozu" przekimać się w swojej chacie i odwiedzić handlarza. 


Wszystko to jest fragmentem mojej ostatniej rozgrywki. Nawet ten fragment o smażeniu mięsa.
W jakiej jeszcze grze mogę podejść do patelni na ogniu, położyć na niej kawał mięsa i usmażyć?
Bez jakiegoś menu czy ekranu ładowania? Od tak po prostu usmażyć mięso. Gdzie jeszcze mogę bez żadnego ekranu chwycić za stalowy pręt, rozgrzać go, rozbić, zahartować i naostrzyć otrzymując w ten sposób mój pierwszy miecz? Gdzie jeszcze mogę zaznaczyć w ekwipunku flaszkę wódki i zobaczyć jak mój bohater dzielnie "doi" butelczynę?
Wiele gier od czasu Gothiców próbowały przyswoić pewne elementy, lecz jak do tej pory żadna produkcja nie zrobiła tego dobrze.
Najbliżej uchwycenia tego wrażenia jest Skyrim, oczywiście ze sporą paczką modów.

Jakby tego było mało, w Gothic i Gothic II + NK dostaliśmy naprawdę dobre historie z ciekawymi postaciami, dobrymi zwrotami akcji oraz doskonale zrealizowanym klimatem. Koncepcja walki choć nieco kulała w części, pierwszej poprawiona i doszlifowana w części drugiej jest jedną z najlepszych jaką kiedykolwiek widziałem na PC.

Dodajmy do równania klimat dark fantasy o jakim taki "Dragon Age" może sobie tylko pomarzyć.

Nie można zapomnieć o legendarnym już dubbingu i dialogach, które w pamięci fanów zostaną już na zawsze. Kto nawrzucał, Kharimowi aby potem na arenie dostać od niego łomot wie, o czym mówię.

Oprawa graficzna zestarzała się. Ale wiecie co? To jest już ten etap technologii, na którym to mi zupełnie nie przeszkadza. Gothi
c nie był najładniejszą grą już w momencie premiery, lecz jego osobliwy styl graficzny sprawia, że po tych wszystkich latach, gdy skończyłem Wiedźmina 3 (w grafice na Ultra) to bez bólu uruchomiłem sobie starego dziadka Gothica i grałem z prawdziwą przyjemnością.

Widzicie, dla mnie możliwość wcielenia się w bohatera, odgrywanie jego życia to najlepsza część gier RPG tak komputerowych jak i papierowych. Wielokrotnie kiedy gram, odgrywam sobie kolejne dni życia bohatera, nie dlatego że coś czy ktoś to na mnie wymusza lecz dlatego iż mogę i daje mi to mnóstwo zabawy.

Jeśli kiedykolwiek dostanę inną grę, w której poza grafiką, fabułą czy systemem walki dostanę takie przywiązanie do "małych" rzeczy. Jeśli kiedyś będę mógł w cRPG niczym na sesji Trzewiczka "kupić sobie jabłko na straganie" i zjeść je podczas przechadzki po mieście, wówczas być może Gothic zejdzie z piedestału. Lecz do tego czasu dla mnie pozostaje najlepszym cRPGem jaki istnieje.

PS Niby głupio o tym wspominać, ale uwielbiam niektóre kody do tej gry. Zawsze, gdy idę w ścieżkę Maga/Kapłana wbijam sobie komendę, aby postać poruszała się tak jak inni magowie w grze.
Mała rzecz a cieszy. :)

Jeśli podobał Ci się ten tekst, a może nie zgadzasz się ze mną, napisz mi o tym na Facebooku. Jeśli zaś poczujesz ochotę, aby polubić lub udostępnić go znajomym nie wahaj się ani chwili.