czwartek, 8 czerwca 2017

Mass Effect i zmienna orientacja seksualna

(Naprawdę żałuję, że ta sprawa wyszła przy Mass Effect a nie przy takim  Harrym Potterze. Tytuł tego wpisu byłby wówczas znacznie bardziej cwany.
A tak musi być jaki jest...)



Od czasu do czasu w środowisku graczy, głównie gier wideo, ale i RPG to nie omija, pojawia się kolejna mała awantura poświęcona tematyce seksu. A to koszulki z durnymi nadrukami, albo "gwałty" w GTA Online lub też debaty czy Lara nie została zgwałcona. Czasem sprawa wydaje się dość sensowna a czasem jest to poligon dla znudzonych pseudo-moralistów, skupiających się na pierdołach, bo prawdziwe problemy są za trudne.

Nie ma jednak żadnych wątpliwości, iż, jeśli afera ma podtekst erotyczny, szambo wystrzeli w górę a sekcje komentarzy na największych serwisach będą pękały w szwach. Dziś za aferą stoi firma BioWare.


Dosłownie przed paroma dniami najnowsza odsłona popularniej serii Mass Effect, została wzbogacona o nową łatkę. Zgodnie z najlepszymi tradycjami współczesnych deweloperów. Gra bowiem była w wersji beta w dniu premiery. Samo to nie wzbudziłoby niczyjego zainteresowania, ot lista błędów naprawianych przez patch i tyle. Maleńki przypis na liście instalacyjnej. Jednak ta łatka miała być zauważona, twórcy zadbali, aby naprawić jeden z najpoważniejszych błędów występujących w grze: Jeden z towarzyszy zmienił w niej orientację z heteroseksualnej na biseksualną, wszystko zaś ponieważ: "Scott Ryder nie miał dotychczas możliwości romansowania z towarzyszem tej samej płci, nie mógł też zdobyć osiągnięcia za ukończenie trzech romansów, romansując tylko z partnerami tej samej płci."


O BioWare słów kilka...

Nim przejdę do samej sprawy należy poświęcić moment, aby uświadomić sobie o kim tu mowa. BioWare było niegdyś wielkie, byli oni autorami jednych z najlepszych gier cRPG w historii gatunku, jednak od czasu przejęcia firmy przez EA kolejne produkcje wypadają coraz gorzej.

Pierwsze tytuły wydane już pod skrzydłami nowego właściciela tj. Dragon Age: Początek i Mass Effect 2 były bardzo solidnymi grami, choć już w przypadku ME 2 widać rażące odejście od gatunku. Potem jednak nie ma ani jednej gry utrzymującej wysoki poziom. Dragon Age 2 próbował czegoś nowego w sposobie opowiadania historii, ale pogrzebał go krótki czas produkcji, co przełożyło się na ogromny recykling lokacji, niedokończoną fabułę, grafikę gorszą od poprzednika. Jednak już wtedy przy DA 2 mogliśmy zauważyć niepokojący trend związany z postaciami o innej orientacji, warto to zapamiętać, bo za chwilę do tego wrócę.


Mass Effect 3, choć bardzo przyjemny w rozgrywce i posiadający bardzo hollywoodzką fabułę nasyconą "momentami", był fabularnie produkcją o trzy klasy gorszą od poprzedniczek, dokumentnie niszcząc całe uniwersum pisarstwem tak biednym, iż myślałby kto, że to Lucas dorwał się do reżyserii.


Dragon Age Inkwizycja jest już grą, gdzie problemy studia z robieniem dobrych historii są nie do przeoczenia, fabuła jest porwana, pretekstowa. Dziury logicznie i zmienianie przeszłych wydarzeń jest tam na porządku dziennym, zaś wszystko to jest jedynie pretekstem do ciągłej walki z tymi samymi przeciwnikami. MMO bez innych graczy.



Te same problemy posiada też Mass Effect: Andromeda, dodając do tego masę własnych. Warto zwrócić uwagę na fakt, iż z gry na grę BioWare robi coraz gorsze cRPG z coraz gorszą fabułą. Jednocześnie są coraz bardziej zainteresowani wpychaniem do produkcji wątków homoseksualnych...

Pamiętać należy, iż korelacja nie równa się przyczynowości. Nie można sobie od tak założyć, że jedno wynika z drugiego. Jednak działania deweloperów zmuszają do zastanowienia.

O homo u BioWare

Nie jest problemem, że wątki homoseksualne pojawiają się w grach. Nie jest problemem, że takie opcje są udostępnione postaci gracza. Ostatecznie, jeśli gra stawia na bohatera wykreowanego przez grającego, ów grający człowiek powinien mieć możliwość wybrania orientacji swojej postaci. Jest to pewna umowność, pozwalająca grać taką postacią, jaką chcemy.

Problem pojawia się, kiedy biorą się za to ludzie niekompetentni. Lub zaangażowani ideologicznie. Najgorzej jednak, kiedy obie te rzeczy występują razem.

W Dragon Age 2 gracz był wciągany w romans homoseksualny czy tego chciał, czy nie chciał. Wystarczyło, by nie zachowywał się jak dupek, a gra sama rozpoczynała romans, a to dzięki koszmarnie napisanym dialogom. To był punkt zwrotny dla produkcji BioWare. Wcześniej również zdarzały się tego rodzaju opcje, był chociażby świetnie napisany Zewran z DA: Początek. Jednak do tej pory konstrukcja gry nie wymuszała na graczu wchodzenie z tego rodzaju relacje z postaciami.

Liczba postaci homoseksualnych lub biseksualnych w kolejnych grach rosła. Dostawaliśmy również nagłe zmiany orientacji np. Alenko w ME3 nagle stawał się gejem zakochanym w komandorze. Nagle zewsząd otaczali nas homo, którzy na dodatek musieli nas poinformować o swojej orientacji. To między innymi te dialogi dorobiły komandorowi Shepardowi łatkę "Kirka świata ME".

Bo na zdrowy rozum, dlaczego w rozmowie oficera dowodzącego z podoficerem temat seksu w ogóle wypływa? Jakim cudem Shepard w ogóle został oficerem? Z takim podejściem już dawno powinien być pochowany pod lawiną pozwów o molestowanie.

Tu nie chodzi o to, że geje i lesbijki występują w grach, tu chodzi o to jak kiepsko się ich prezentuje. Wydaje się niemal jakby ich preferencje były najistotniejszymi cechami ich charakteru. Z resztą normalni ludzie nie omawiają takich spraw w zwykłych rozmowach. Nie ma ku temu powodów.


Jedna z najlepszych rozmów na te tematy ma miejsce w Wiedźminie 3. Kiedy w prologu spotykamy myśliwego, aby pomógł nam w sprawie gryfa. Ów myśliwy jest gejem, jednak gracz nie dowie się tego, o ile nie zacznie wypytywać o przyczyny, dla których mężczyznę nie lubią we wsi. Gracz może nie dopytywać się o prywatne sprawy tej postaci i nigdy nie dowiedzieć się jej historii. 
Jednak BioWare musi wykrzyczeć grającemu w twarz "Gej! Patrz ta postać jest Gejem! Rozpacza po martwym mężu!". Dlaczego w ogóle na okręcie wojskowym służy pilot na skraju załamania nerwowego? Taki co wybucha płaczem w pracy i słucha ostatnich słów zmarłego męża? Przecież ten facet ma pracować w atmosferze ciągłego zagrożenia. Wymieńcie go na kogokolwiek innego!
Takie przedstawianie osób o tej orientacji jest myślę bardziej wyprane z szacunku niż nie umieszczanie ich w ogóle.



Powracając do ME: Andromeda

Czy naprawdę ta gra nie ma poważniejszych problemów, niż fakt, iż jeden z kosmitów był hetero? Czy postać heteroseksualna jest teraz dla BioWare problemem, który trzeba łatać? Nie pojmuję powodów stojących za tą zmianą. Dla mnie jest ona po prostu głupia.

Ale gdy zastanowiłem się nad tym, coś mnie tknęło. Oto bowiem środowiska LGBTQ twierdzą, iż orientacja seksualna jest wrodzona. Nie mamy wpływu na to czy urodzimy się gejem, tak samo jak nie można sobie wybrać koloru skóry, czy płci. Oczywiście gracze wybierają cechy swoje postaci w grach nastawionych na kreację bohatera. Jednak to jest wyjątkowy przypadek. Postacie niezależne mają to z czym powstały, "są takie, jakie się urodziły".

Czy więc poprawianie czyjejś orientacji w łatce jest, bo ja wiem, etyczne? Czy można to obronić jakąkolwiek moralnością? Dla mnie to jakieś wykoślawienie. Idiotyzm. 

Ciekawi mnie też czy reakcje LGBTQ byłyby takie same, gdyby taką łatkę wprowadzono do Dragon Age Inkwizycji odnośnie postaci Sery. Broniąc się tym samym argumentem "Inkwizytor nie mógł zdobyć osiągnięcia za ukończenie trzech romansów, romansując tylko z kobietami."
Bo nie wiem czy wiecie, ale w drużynie z DA:I jest tylko jedna heteroseksualna kobieta z którą można nawiązać romans.


Jeśli zaś mamy mówić poważnie, BioWare powinno przestać skupiać się na pierdołach w rodzaju "jakiego rodzaju porno wstawimy do gry", a zamiast tego zająć się produkcją gier z dobrymi historiami i spójnymi światami. Bo choć korelacja nie równa się przyczynowości, to jednak ta korelacja występuje. Niech pracujący tam "scenarzyści" z bożej łaski przypomną sobie, jak pisać dobre opowieści a potem niech zajmą się takimi rzeczami jak geje i lesbijki. Wówczas może uda im się zrobić to tak, by nie wychodzić na beztalencia i idiotów.

Jeśli podobał Ci się ten tekst, wspomóż rozwój bloga zostawiając komentarz tu i/lub na Facebooku. Jeśli już się tam znajdziesz, racz kopsnąć łapkę i być może polubić moją stronę. Dziękuję i pozdrawiam.

niedziela, 4 czerwca 2017

Miłość na kilotony


Wspaniała Kobieta trafiła do naszych kin. Ostatnia nadzieja kinowego uniwersum DC na to, by ktokolwiek traktował je choć trochę poważnie. Czy księżniczce amazonek udało się odbić od dnia i wzlecieć ku niebiosom? Tak jakby... Nie do końca... Powiedzmy...

Zacznę od odniesienia się do słonia w pokoju. Wonder Woman przenosi na ekrany cały kicz nieśmiertelnych lesbijek z poczuciem wyższości nad całym światem. I film nie potrafi odpuścić sobie żartów o penisach, rozmiarach powyżej średniej oraz tym podobnych głupot. Dobrodziejstwo inwentarza w mojej skromnej opinii. Mogli sobie darować chociaż część tych idiotyzmów, ale skoro parę osób na widowni się śmiało, to widać po coś te dowcipasy były. Jeśli zaś chodzi o przesłanie "teraz kobiety górą" to bądźmy poważni, to film o Wonder Woman. Czego innego można się spodziewać?

Film opowiada wariację origin story najważniejszej heroiny w uniwersum DC. Księżniczka Diana żyje na rajskiej wyspie pełnej lesbijek (tak, będę to podkreślał, skoro film był łaskaw mnie o tym poinformować, to czuję się usprawiedliwiony). Pewnego dnia na wyspie pojawia się samotny pilot amerykańskiego lotnictwa i w ten sposób Diana trafia do "świata mężczyzn".
Tu muszę nadmienić, że urocze jest polskie tłumaczenie, ciągle twierdzące, iż bohaterki mówią o "świecie ludzi". Nie, moi panowie, tu chodzi o świat mężczyzn. Męska supremacja, patriarchat itp.

Co naprawdę ciągnie ten film w dół, to rozwleczone sceny na wyspie. Wszyscy wiemy, że nasza bohaterka ruszy na wojnę. Po co więc to tak przeciągać? Po co wstawiać idiotyczny konflikt z nadopiekuńczą matką, skoro w następnej scenie i tak wszystko się odkręca? O wiele ciekawsze byłoby odtworzenie obecnego w poprzednim filmie o Wonder Woman turnieju. Ale niestety, zamiast tego dostajemy rodzica, który chce chronić swoje dziecko przed jego przeznaczeniem - idiotyczna klisza, którą widzieliśmy już do mdłości.

Serdeczne brawa należą się scenarzystom za najbardziej "zaskakujący" zwrot fabularny tego roku. Na początku myślałem, że będzie to śmierć ojca w Mass Effect: Andromeda, jednak tutaj udało się ich przebić. Ci od ME nawet się nie starali: powiedzieli co i jak w reklamach, Wonder Woman zachowuje kamienną twarz i udaje głupka do samego końca.

Nie udawajmy jednak, że fabuła ma w filmach tego typu jakieś szczególne znaczenie. Musielibyśmy wówczas zastanawiać się nad rzeczami w stylu: Czemu ci ludzie wiwatują po tym, jak jakaś demoniczna wiedźma wyrznęła okoliczny garnizon i zawaliła miejscowy kościół? 


Jak więc wygląda akcja?

Przyzwoicie. CGI tak gęste, że przysłania nam niebo. Dokładnie tak samo jak w Men of Steel czy Batman vs Superman. Akcja przypomina świetną grafikę z gry komputerowej i mi to nie przeszkadza. Jest to mimo wszystko dobra odmiana od bardziej stonowanego stylu w filmach Marvela. Oczywiście mimo, iż nasza bohaterka ma miecz, to jednak jest on chyba tępy, gdyż nawet wrogowie "cięci" ową klingą nie zostają rozpołowieni a jedynie tak padają komicznie. Jakbym oglądał let's play z Fable.

Aktorzy wywiązują się ze swoich ról przyzwoicie. Nagrody żadne z nich nie dostanie, ale i nie mieli na co liczyć. Słowem jest ok.

Muszę też przyznać się do jednego: cieszy mnie, że główny antagonista w filmie jest kim jest. Odgadłem jego tożsamość szybko, ale obawiałem się pomyłki z mojej strony. Scena ostatecznej walki też jest odpowiednio napakowana i tylko ostatnie słowa bohaterki sprawiły, iż prawie padłem ze śmiechu. 


Tu muszę powiedzieć kilka rzeczy o ideach, jakie ten film stara się pokazać. Nasza heroina w młodzieńczym zapale przez większość filmu operuje na logice z kiepskiej fantastyki, iż jeśli zabiję końcowego bossa, to wszystko samo się naprawi. Po przeciwnej stronie stoi zaś Steve Trevor, nie wierzący w magiczne rozwiązania i mający znacznie lepsze zrozumienie wojny.  
Osobiście byłbym znacznie bardziej zadowolony, gdyby nie było ostatniego przeciwnika. Gdyby Diana musiała zrozumieć, że świat nie jest tak prostym miejscem a zabicie tego złego nie likwiduje przyczyn, dla których ludzie walczą między sobą. Film próbuje zrobić ten numer, ale nie udaje się mu utrzymać tego tonu i szybko przechodzi do walki ze złym mrocznym kolesiem. 

I ponownie słowa Wonder Woman "Wierzę w miłość" po przywaleniu z super pioruna czy coś z siłą kilotony rozbawiło mnie jak cholera.

Podsumowując, mamy tu pierwszy obiektywnie solidny film o super-bohaterce ze stajni DC. Nie jest to coś, co może na poważnie rzucić rękawicy konkurencji, ale od czegoś trzeba zacząć. Fabuła jest głupia, walka przyzwoita. A film wojenny ma kategorię PG-13. 

Ode mnie 6/10 Niezły.

Jeśli podobał Ci się ten tekst, wspomóż rozwój bloga zostawiając komentarz tu i/lub na Facebooku. Jeśli już się tam znajdziesz, racz kopsnąć łapkę i być może polubić moją stronę. Dziękuję i pozdrawiam.


piątek, 26 maja 2017

Piętnaście tysięcy złotych napiwku

"Uwaga, uwaga wiemy dlaczego Sapkowski nie lubi CD Projektu! Dostał tylko 15 tysięcy za swoje prawa do marki!" Taka wiadomość obiega internet dzięki uprzejmości grupy ludzi o wyjątkowych brakach w umiejętnościach czytania ze zrozumieniem i korzystania z tak podstawowych źródeł jak Google. O co zatem tu chodzi? Co mają z tym wspólnego Wrota Baldura?


Liczne kontrowersje dookoła postaci Andrzeja Sapkowskiego i jego stosunku wobec graczy oraz "neofitów" pośród fanów wiedźmina są doskonale znane wszystkim zainteresowanym. Choć wielu z fanów jego twórczości z zapałem broni wypowiedzi pana Andrzeja, ma to nieco desperacki charakter. Szczególnie komicznie wypadają tłumaczenia "sarkastycznym stylem bycia" słów o obracaniu się wśród ludzi inteligentnych, więc nie grających w gry. Lub oczywistych kłamstw Autora, jakoby wszystkie jego książki zostały przetłumaczone na język angielski przed premierą gier. Podczas gdy pierwotne tłumaczenie Czasu Pogardy było zaplanowane na 2008 rok (Wiedźmin miał swoją premierę w październiku 2007 roku) zaś ostatecznie wydano je w 2013 (Wiedźmin 2 miał premierę w 2012). Chrzest Ognia ukazał się w 2014, Wieża Jaskółki w 2016, zaś Pani Jeziora w marcu 2017.


Sapkowski niewątpliwie nie jest miłym człowiekiem, jego opinia w fandomie jest, nazwijmy to bardzo zła od wielu, wielu lat. Jednak zalew artykułów o 15 tysiącach oraz komentarze z nimi związane w tym wypadku stawiają graczy i fandom w roli matołów niewiedzących o czym pitolą.

Część Pierwsza - Fakty i Mity.


Mamy lata dziewięćdziesiąte, Andrzej Sapkowski podpisuje umowę ze studiem Metropolis, firmy założonej przez dwóch panów Adriana Chmielarza i Grzegorza Miechowskiego na początku lat dziewięćdziesiątych. Firma ta chce zrobić grę komputerową osadzoną w świecie z powieści pana Sapkowskiego opowiadających o przygodach Geralta z Rivii - Wiedźmina. Plany były dość ambitne, gra na swoich screenach była w 3D i mnie osobiście przypomina nieco styl wczesnych wersji Gothica lub ostatniej ze swojej serii: Ultimy IX: Ascension. Jednak los nie był łaskaw dla deweloperów i gra nigdy nie ujrzała światła dziennego. Wówczas prawa do Wiedźmina jako gry wideo powróciły do autora oryginału. Metropolis bowiem miało pozwolenie na produkcje tylko jednej gry. Tak przynajmniej wynika z dostępnych informacji. (Ciekawostką jest fakt, iż Wikipedia cytując magazyn CD Action podaje planowaną premierę gry na rok 1997 zaś teraz krąży informacja, jakoby prawa do marki studio nabyło w roku 98...)


Teraz, wedle ostatniej informacji za prawa Metropolis zapłaciło Sapkowskiemu 15 000 PLN brutto. Ta rewelacja pojawia się jednak z stwierdzeniem "prawdopodobnie" przyczepionym do kwoty.


W 1998 CD Projekt jest jeszcze maleńką firmą próbującą zaistnieć na marnym rynku wydawniczym ówczesnej Polski. CDP nie jest żadną stroną w tych umowach. Jakiekolwiek plany stworzenia własnej gry istnieją jedynie w sennych marzeniach założycieli firmy. Dopiero wydanie w kraju Wrót Baldura w roku 1999 wyniesie wydawnictwo do góry. Będzie to kamień milowy w historii CDP.


Studio deweloperskie CD Projekt Red zostanie założone dopiero w roku 2002. Zupełnie nowa firma musi dogadywać się z Sapkowskim od początku. Panowie z CDP proponują pisarzowi procent od zysków, ten jednak odmawia twierdząc iż "Żadnych zysków nie będzie". Umowa podpisana między stronami nie ma nic wspólnego z umową z lat dziewięćdziesiątych. Idiotyzmem jest też zakładać, iż CD Projekt nabyło prawa do marki wykupując studio Metropolis. Ludzie posługujący się tym "argumentem" zapominają, iż CDP wykupiło je w roku 2008, rok po premierze pierwszego wiedźmina.

Łączenie obecnej niechęci Sapkowskiego do CD Projektu, serii Wiedźmin oraz fanów-neofitów z umową sprzed dwudziestu lat zawartą z inną firmą, dotyczącej gry, która nigdy się nie pojawiła jest absurdem. A "redaktorzy" z bożej łaski powinni przestać kłamać w tytułach swoich artykułów i wprowadzać w błąd swoich czytelników.

Część Druga - Domysły

Teraz zaś skoro sprawę tych piętnastu kawałków mamy załatwioną, pozwolę sobie porzucić stabilny grunt faktów i dat, by zatopić się w oceanie domniemań i opinii. Skoro bowiem już podjąłem temat Wiedźmina i trwających od lat gównoburz dookoła jego autora oraz gier równie dobrze mogę zaprezentować swoją spojrzenie.

Andrzej Sapkowski nie ma bladego pojęcia o fabułach gier. To jest jasne i on sam powiedział to wielokrotnie. Nie może więc chodzić o licznie rozbieżności między wykreowanym przez niego "pseudoświatem" a uniwersum z gier. Seria Wiedźmin to świetne gry, ba, Wiedźmin 3 ma swoje zaszczytne miejsce w mojej Top 10 Ulubionych Gier cRPG. Są to jednak koszmarnie złe adaptacje. Jak jednak już napisałem Sapkowski tego nie wie, zatem to nie tu leży problem.

Czy chodzi o pieniądze? O to, że zainteresowany pluje sobie w brodę, gdyż nie docenił rynku gier oraz talentu i determinacji CDP, a teraz już za późno? Wydaje mi się, iż jest w tym część prawdy, jednak to nie może być wszystko.


Czy chodzi o fakt, iż CDP nie chciało, aby Sapkowski brał jakikolwiek udział w procesie pisana scenariusza poza okazjonalnym udzieleniu odpowiedzi na pytanie? Możliwe, to mogło zaboleć dumę pana Andrzeja.

Duma... Duma to istotna część pisarza, duma ze swoje pracy, chęć zostania zapamiętanym. Być cenionym za życia i szanowanym po śmierci jako ten który napisał... No właśnie... Napisał co?
Tolkien został zapamiętany jak autor Władcy Pierścieni i Hobbita. Choć przecież był aktywny przez dziesiątki lat. Zelazny został zapamiętany jako autor Kronik Amberu, Herbert jako autor Diuny. Andrzej Sapkowski zostanie zapamiętany jako twórca Wiedźmina... Albo i to nie.

Po pierwsze myślę, iż nasz naczelny polski pisarz fantasy boi się, że świat nie zapamięta go jako twórcy Wiedźmina. Lęka się, iż zostanie zepchnięty w poczet wyrobników piszących szmirowate książeczki na motywach gier wideo. ON, Król Polskiego Fantasy!


Ale co jeszcze? Nawet jeśli uda mu się zapewnić sobie tytuł autora Wiedźmina... Och, dlaczego właśnie Wiedźmina... Zdradzę wam sekret: Sapkowski chyba w ogóle nie lubi Wiedźmina. Ostatni tom sagi został wydany w 1999. Sapkowski zabił Geralta na koniec serii. Było oczywiste, że nie zamierza kontynuować tych powieści. Koniec. Koniec Wiedźmina, ale nie koniec jego pracy. Oto w latach 2002 - 2006 Sapkowski wykonuje tytaniczną pracę i wydaje swoje Magnum Opus - Trylogię Husycką. Serię pod każdym względem lepszą od Wiedźmina, znacznie trudniejszą w odbiorze, nie są to posiekane bajki i legendy w pseudoświecie. I co? I choć książki te sprzedają się dość dobrze nie mogą przysłonić Wiedźmina. Są za trudne dla neofickich gimboteuszy dla których już Saga była niemal nie do przejścia. Zobaczyli tacy łacinę i uciekli. A potem gry zrobiły niesamowitą karierę i wszelkie szanse na to by właśnie Trylogia Husycka była tym najważniejszym dziełem poszły się...


Tak mi się wydaje. Oczywiście nie mam na to żadnych dowodów a jedynie poszlaki w wypowiedziach i wywiadach. Być może pomyliłem niebo z gwiazdami odbitymi nocą na powierzchni stawu.

Jeśli podobał Ci się ten tekst, wspomóż rozwój bloga zostawiając komentarz tu i/lub na Facebooku. Jeśli już się tam znajdziesz, racz kopsnąć łapkę i być może polubić moją stronę. Dziękuję i pozdrawiam.

Koszulka a sprawa fandomu


Dziś mamy piątek, dwudziesty szósty maja, idiotyczne dramy o koszulkach z nadrukiem trwają dalej.
Jeśli jesteś szczęśliwym człowiekiem i ominęła Cię ta trwająca już piąty dzień fala, muszę niestety nieco Cię doinformować na temat tego, czym ostatnio żyje nasza skrzywiona "społeczność".



W poniedziałek w sieci pojawiło się zdjęcie tej koszulki.

Opublikowała je feministyczna strona na Facebooku. Opatrzono ją krótką anegdotą o tym, jak to waleczna autorka fotografii wymusiła na właścicielu ściągnięcie koszulki z wystawy grożąc mu odpowiedzialnością karną (To, czy facet otrzymałby choć mandat, to inna historia).


Post początkowo zyskał ogromną liczbę pozytywnych komentarzy, głosy broniące idei takiej koszulki były "zakrzykiwane", teraz jednak po kilku dniach wydaje się, że wahadło wychyliło się w drugą stronę. I kiedy już wszystko wskazywało, iż podobnie jak inne durne dramy z "gwałtem" w tle i to rozejdzie się po kościach, na światło dzienne wyszedł list.

Ale moment nim zajmę się samym listem, kilka słów o wspomnianych wyżej dramach.

Od czasu do czasu ktoś ze zdumieniem odkrywa, że w naszym przesiąkniętym soft-porno świecie, gdzie nawet reklama czipsów nie może istnieć bez lesbijskich pocałunków na pierwszym planie, erotyka w różnych formach przeniknęła do gier fabularnych oraz pokrewnych. A to pojawia się reklama z urodziwą niewiastą "kąpiącą" się w kostkach. A to ktoś gdzieś prowadzi sesję z motywem gwałtu. Teraz zaś ktoś odkrył koszulkę. Czarną koszulkę z hasłem starszym chyba od RPG.
Dramy tego rodzaju niczemu nie służą i nic nie zmieniają poza faktem, iż kontrowersja wywołana dość delikatną tematyką nabija wyświetlenia na stornach i portalach internetowych. (A więc niech i ja skorzystam, podniosę sobie średnią). 


Za każdym razem, gdy to szambo wybucha, dowiaduję się o niesamowitych rzeczach. Oto każdy człowiek (chyba) doświadczył molestowania seksualnego lub gwałtu w fandomie. Ofiary domniemanych wielokrotnych gwałtów wyskakują jak grzyby po deszczu. Brzmi przerażająco, prawda? Jak przesiąknięte złem i zboczeniem jest społeczeństwo?

A może wypadałoby zrobić krok do tyłu, odetchnąć głęboko i przyjrzeć się tym niesamowitym relacjom?

Co to w ogóle jest gwałt? Co oznacza ten rzeczownik? Co mają na myśli osoby, które zostały zgwałcone w fandomie? I dlaczego nie mają problemów z pisaniem o tym na portalach społecznościowych, ale ze zgłoszeniem się na policję problem jest ogromny? Przecież już używają swoich nazwisk, wysyłają informację do setek ludzi. Co oznacza określenie "molestowanie seksualne"? Nie tak dawno temu dowiedziałem się, że mężczyzna zaczepiający kobietę na ulicy mówiąc "Hej" molestuje ją seksualnie. Nie wydaje mi się, aby taka argumentacja przeszła w sądzie. Ale, może się mylę.


Gwałt i molestowanie to poważne sprawy. Należałoby traktować je z powagą. Prawdziwe gwałty oraz prawdzie molestowanie. Są to też sprawy groźne. Fałszywe oskarżenia o jedno i drugie również niszczyły, niszczą i będą niszczyć życia młodych ludzi. Dlatego osobiście cholera mnie bierze, kiedy widzę, jak ludzie rozwadniają definicje tych rzeczy, jak doklejają nazwy do każdej pierdoły, aby dodać wagi swoim nic nie wartym problemom w rodzaju "nie podoba mi się głupia koszulka".

Z molestowaniem i innymi napaściami należy walczyć. Należy je ganić, chamstwo wypieprzać z konwentów ale czy o tym jest ta afera? Nie, afera jest o koszulkę i durnym nadrukiem. Jak ktokolwiek ma traktować ten problem poważnie, jeśli sprawę sprowadza się do poziomu koszulki?

I tu wracamy do wspomnianego już listu. Anonimowy list od kobiety wielokrotnie zgwałconej przez ludzi z fandomu. Ten list jest kłamstwem. To najzwyklejszy w świecie skok na wyświetlenia.

"Autorka" twierdzi w nim: "Zostałam zgwałcona więcej niż raz. Przez facetów, którzy są z naszego środowiska"

Wielokrotna ofiara gwałtów nie zgłosiła się na policję, nie powiedziała nikomu z rodziny. Ale pisze list do czasopisma o koszulce. Czy to Wam nie śmierdzi łgarstwem? Kupiłbym opowieść o tym, jak ofiara gwałtu tak mocno przeżywa to co ją\jego spotkało, że nikomu nie powiedziała. Ale ta zawstydzona i zniszczona ofiara nie poszłaby szukać "szczęścia" dalej. Niemoc to niemoc, jeśli ktoś przetrawia ciężką traumę po napaści seksualnej nie rusza raczej by "W krótkiej spódniczce całować się z kimś po pijaku". 

Poza tym jak mamy rozumieć "więcej niż raz"? Dwa razy? Mam nadzieję, że autorom tego tekstu chodziło o dwa razy. A może to były cztery razy? Za każdym razem inny koleś? Gwałt zbiorowy? Tekst pod tym względem jest mało przejrzysty.

"Ofiarę" bardzo rani i boli ta koszulka  "[...] za każdym razem, kiedy ją zobaczę, czuję się, jakby ktoś dał mi w twarz. [...] Żeby uniknąć konieczności patrzenia na nią, musiałabym przestać jeździć na konwenty… i mieć nadzieję, że nie zobaczę jej u przechodnia na ulicy." 

Ale chodzenie do barów i wycieczki na konwenty, spotykanie tych gwałcicieli na tych festiwalach już nie ma tej mocy niszczącej? Nie przywołuje wspomnień.

Ten cholerny list jest fałszywy, jest znacznie większą obrazą dla ofiar gwałtu, niż cały kontener tych durnych koszulek. Podszywanie się pod ofiarę aby nabić sobie wyświetlenia jest po prostu obrzydliwe. Nie zdziwiłbym się gdyby wyszło, że jakiś facet "Janusz dziennikarstwa" jest autorem. I to jest seksizm!

"Nienoszenie takiej koszulki to nie jest cenzura." Nie, nie jest. To jest wybór. Zakazywanie komuś noszenia takiej koszulki TO jest cenzura. Mówienie komuś z czego może, a z czego nie może sobie robić żartów TO jest cenzura. A jeśli żart Cię obraził, jeśli uważasz, że autor dowcipu zachował się jak ch*j to powiedz mu/jej to. Masz pełne prawo stwierdzić, że żart jest nieśmieszny. Ale nie możesz zakazywać żartów. Nawet jeśli są to cholernie głupie i dziecinne żarty.




Nie można i nie należy eliminować wszystkiego, co kogoś obraża z przestrzeni publicznej. Jeśli natomiast chcesz coś zmienić, to pogadaj z tymi ludźmi. Nie pisz fałszywych, manipulacyjnych "listów" robiących z ofiar gwałtów idiotki. Nie wymuszaj siłowego wprowadzania swojej ideologii. Wypada tylko czekać, aż autorzy tych ganiących cały fandom wpisów odkryją inne żarty, te o holokauście, martwych płodach, pedofilii, religii i inne. Cały ich "safe space" szlag trafi. 

A na koniec osobista notka.

Nie mam tej pieprzonej koszulki, nie zamierzam jej kupować. Gram od ponad piętnastu lat. Prowadzę ok. osiem. Tematyka gwałtu na moich sesjach pojawiła się, o ile mnie pamięć nie myli, jedynie raz. Grupa oprychów napadła na wóz podróżników i usiłowali zgwałcić jadącą na nim kobietę. Postacie graczy powstrzymali ów czyn, zaś potencjalnego gwałciciela włóczyli za koniem.

Nie wprowadzam gwałtów na postaciach graczy na sesję, bo szczerze powiedziawszy nie bawi mnie to. Unikam w ogóle erotyki podczas sesji, ponieważ kiedy wielki, brodaty facet opisuje takie rzeczy podczas narracji innym graczom, to trudno jest utrzymać powagę. Osób robiących sesje z gwałtami na graczach nie rozumiem. Osoby wymuszające taką tematykę na sesjach bez aprobaty swoich graczy mam w pogardzie. 

Ale abstrahując od ostatniego przykładu, będącego jawnym naruszeniem etykiety gier fabularnych; ludzie mają prawo grać w co chcą i jak chcą. Ja nie muszę tego lubić, nie musi mi się to podobać. Nie ma to znaczenia. 

A osobom które chciałby by rzucić mi w twarz argumentem równi pochyłej w stylu: To co, na gwałty na niemowlętach też tak pozwolisz? Albo: To co, nic nie powinno być zabronione, bo wolność?

Owe osoby mogą już teraz otrzymać moją odpowiedź: Pier***cie się.

PS Długo wpatrywałem się ten tekst. Czytałem ten "list" raz za razem. Nie wierzę w jego autentyczność. I to myśl że ktoś napisał fałszywy list od zgwałconej kobiety, po to aby zyskać argument w idiotycznej dramie o jeszcze bardziej idiotyczny T-shirt wywołuje u mnie mdłości. To są ludzie, którzy (jak twierdzą) walczą o prawa kobiet. Oni mają czelność uczyć innych o moralności...

PS2 Wczoraj nasz rząd przegłosował kolejną ustawę wymierzoną w kobiety, tym razem uniemożliwiającą dostęp do antykoncepcji awaryjnej bez recepty. Cholera jedna wie co planują przepchnąć pod stołem kiedy to już się na dobre rozniesie. A my tu sobie o koszulkach...




sobota, 25 lutego 2017

Dlaczego nie mam oczekiwań wobec Mass Effect: Andromeda?

Tekst zawiera lekkie spojlery dotyczące serii Mass Effect i Dragon Age.

Jestem fanem serii Mass Effect. Spędziłem setki godzin przy każdej części serii, przechodząc
je na wszystkie (lub też prawie wszystkie - nigdy nie zdobyłem się, aby np. doprowadzić do śmierci
Tali) dostępne sposoby. Długo czekałem na pierwsze informacje dotyczące najnowszej odsłony serii,
ostatecznie premiera każdej kolejnej części była przeze mnie wyczekiwana bardziej niż Gwiazdka.

Jednak w miarę, jak kolejne informacje od BioWare pojawiały się w Internecie, gdy kolejne elementy kampanii reklamowej, mającej przecież wzbudzać zainteresowanie, wychodziły na światło dzienne, mój entuzjazm malał. Obecnie nadal mam zamiar zagrać w ME: Andromeda, jednak nie mam żadnych pozytywnych oszczekiwań wobec tytułu. Przeciwnie, spodziewam się po niej wielu złych rzeczy.
Właśnie o nich oraz przyczynach mojej rezerwy będzie traktował ten tekst.

Szybkie wyjaśnienie:

Nie twierdzę, że ME:A będzie „crapem”. Czy tak będzie czy też nie, dowiem się po premierze. Krytyka, jakiej się podejmuję, jest wyłącznie subiektywną opinią. Nie uważam aby w jakikolwiek sposób rozsądne było przyrównywanie produkcji od BioWare do niskobudżetowych "growych" odpowiedników filmów klasy B czy C. Jeśli ktoś aspiruje do miana "Mistrza gier RPG"
(tym i podobnymi tytułami, wielokrotnie określano to studio) należy oczekiwać więcej od dzieł takiego dewelopera. Masz inne zdanie?
Świetnie, ale pozwól mi mieć moje.


Korporacyjny "miękki" reboot.


Najnowsza część ME nie jest tak naprawdę kolejną częścią ME. Nie będzie miała (a przynajmniej
nic nie wskazuje, by miała mieć) niemal nic wspólnego z oryginalną Trylogią. Oczywiście zapożyczy
sobie ogólną stylistykę, rasy, tło fabularne. Jednak historia dzieje się w innej galaktyce, nie możemy
liczyć na odwiedziny w dawniej odwiedzonych miejscach. Nie poznamy dalszych losów świata,
w którym spędziliśmy tyle czasu podczas gry w trylogię. Andromeda jest bowiem zupełnie inną
produkcją, do której przylepiono markę Mass Effect w celu przyciągnięcia starych fanów.

Jaka jest przyczyna dla umieszczenia akcji tak daleko i niemal pełnego odcięcia się od poprzedników? Akurat to jest dość proste. Fabuła Trylogii pod względem technicznym jest koszmarem, zaś zakończenie (nieistotne które) wyklucza możliwość zrobienia kolejnej wielkiej gry w stylu obecnego EA-BioWare.

Koniec historii pierwszego ludzkiego agenta biura Wywiadu I Działań Militarno-Obronnych napisano w stylu wymuszającym na ewentualnej kontynuacji „Syndrom Szatana”.


Pisałem o nim już wcześniej. Polega to na tym, iż przed galaktyką stanęło już największe możliwe
zagrożenie – Żniwiarze. Zostało ono wyeliminowane i teraz próba wymyślenia czegoś jeszcze
większego i bardziej niebezpiecznego będzie absurdalna. Możemy więc postawić galaktykę wobec
mniejszego zagrożenia, możemy zabawić się z bardziej inteligentnym pisarstwem, możemy być
kreatywni i postawić na coś nowego w uniwersum.

Ale mówimy tu o BioWare. Firmie, która nie pamięta już, co oznaczają takie wyrażenia. Dlatego,
aby się doszczętnie nie zbłaźnić, robimy miękki reboot. Dzięki temu możemy napisać kolejną
Space Operę z „mrocznym” głównym złym do obicia i ponownie będziemy na bezpiecznych wodach.

Nie, żebym spodziewał się czegoś innego. Ostatecznie scenarzyści tej firmy są tak wyprani
z pomysłów, że na głównego antagonistę w Dragon Age Inkwizycja wybrali martwego bosa
prosto z nudnego DLC do swojej najgorszej gry wyprodukowanej w XXI wieku.


Fabularna Czarna Dziura


Jak napisałem wyżej: Rozumiem zakulisowe przyczyny miękkiego rebootu. Jednak to jak został
on nam przedstawiony i wytłumaczony w materiałach produkcyjnych (i nie ma żadnych powodów, aby wierzyć, iż w grze coś się zmieni) jest skrajnie idiotyczny i tworzy dziury fabularne już na samym wstępie. Ekspedycja na Andromedę nie ma sensu – zorganizowano ją pomiędzy akcją pierwszej a drugiej części serii. W jakim celu? Na początku Mass Effect dowiadujemy się, że odwiedzono lub zbadano mniej niż 1% systemów gwiezdnych w galaktyce Drogi Mlecznej.

Cytat z jednej postaci w ME:A
"Droga Mleczna była taka... oklepana. Wszędzie ktoś już przede mną był."
Tak, wszędzie. Zbadano 1%, ale przecież to wyczerpuje temat. Ma sens lecieć do innej galaktyki; przecież tu już nic nas nie zaskoczy...

Przecież wobec ogromnych problemów, jakie ma społeczność galaktyczna, taka wyprawa ma mnóstwo sensu... Niedawno zaatakowano Cytadelę, Ludzkość dopiero zyskuje na znaczeniu w polityce galaktycznej. To wszystko się dodaje...

SSV Normandia to był prototypowy i drogi, naprawdę drogi statek. Jak dowiadujemy się
w grze, jego cena była porównywalna z ceną krążownika. Wyobraźmy sobie fundusze niezbędne do sfinansowania tych wszystkich okrętów dla "Inicjatywy Andromeda" oraz ich technologii. Kto, przepraszam, wyłożył takie pieniądze? Przymierze Systemów, które łata swoją flotę? Cytadela, która musi łatać swoją stację-stolicę oraz flotę?


Rozumiecie teraz? To wszystko działa dopóki się nad tym nie zastanawiasz. Wówczas bowiem wychodzą na jaw niemożliwe do załatania dziury fabularnie, nieścisłości i głupoty.

*


Fabuła, którą do tej pory się z nami podzielono, nie nastraja optymizmem. Wszystko bowiem wskazuje, że po raz kolejny dostaniemy „mrocznego” głównego złego, który do tego zabije/porwie/okaleczy nam ojca. Znowu będziemy jednoczyć innych przeciw temu „złemu” i ocalimy Andromedę przed tyranią czy coś...

Obym się mylił, ale wszystko do tej pory sugeruje nam historię „białego zbawiciela”, tylko że „biały” zastąpimy tu słowem „człowiek”. Oto do Andromedy przybędzie człowiek i ocali ją dzięki swojej super-mocy bycia człowiekiem.

Podsumowując: Nie mam oczekiwań, które miałbym odnośnie kontynuacji serii – ponieważ jest to nowa produkcja z dolepioną naklejką Mass Effet. Wyprodukowana przez studio, które od wielu wielu lat, nie jest w stanie pisać nic poza napompowaną emocjami sztampą. Jest to gra, z nieścisłościami fabularnymi już na etapie intra. Ciężko mieć tu jakieś wymagania.

Mimo tego chętnie doświadczę pozytywnego rozczarowania.


Prawdą jest, iż uprawiam tu czarnowidztwo. W mojej ocenie w sieci jest jednak dostatecznie dużo
pochwał i hype’u w stosunku do nowej gry. Jeśli jednak mylę się co do Andromedy, jeśli BioWare
pozytywnie mnie zaskoczy, z prawdziwą przyjemnością oświadczę, iż byłem w błędzie.
I muszę powiedzieć: Będę wówczas zadowolony.

Jeśli podobał Ci się ten tekst, a może nie zgadzasz się ze mną, napisz mi o tym na Facebooku. Jeśli zaś poczujesz ochotę, aby polubić lub udostępnić go znajomym nie wahaj się ani chwili.

poniedziałek, 7 listopada 2016

To elementarne Stark


Milion lat po wszystkich innych, ale mimo wszystko, recenzja najnowszego filmu ze stajni Marvela. Wszyscy już byliście na tym w kinie, jednak tak dla przyjemności i z kronikarskiego obowiązku niech będzie wiadomo: Film jest w porządku.

Nie mamy tu do czynienia z ogromną niespodzianką jak Ant-Man czy Strażnicy Galaktyki. Ten film
to był pewniak. Benedict Cumberbatch jako doktor Stephen Strange? Fani praktycznie o to błagali.
Poszliśmy do kin spodziewając się solidnego filmu i dostaliśmy dokładnie to: Solidny pierwszy film
o superbohaterze.



Doktor Strange jest neurochirurgiem, jednym
z najlepszych na świecie. Po tragicznym wypadku, w wyniku którego traci częściowo władzę w rękach i jego kariera się wali, szuka pomocy w medycynie alternatywnej, odnajduje czarodzieja i uczy się magii. Czy uda mu się stać lepszym człowiekiem i zostać bohaterem?
To już trzecia faza filmów Marvela... Jak Wam się wydaje?


Wiele osób przywołuje podobieństwa pomiędzy postaciami Iron Mana i Doktora Stranga. Owszem
można tu odnaleźć podobne motywy, jednak ja wskazał bym do tego osobę Sherlocka Holmesa
z serialu BBC. Cumberbatch w oczywisty sposób przeniósł wiele ze swojej gry tam do postaci tutaj.
Czy to źle? Nie powiedziałbym; te postacie są do siebie podobne pod wieloma względami a tam
gdzie różnice faktycznie występują, jest to bardzo dobrze zaznaczone i odegrane.

Strona wizualna robi bardzo dobre wrażenie. Niemożliwe panoramy niczym w Intercepcji i cuda, jakie twórcy robią z fraktalami, ogląda się świetne. Szczególnie polecam oglądać w 3D IMAX.
Do właśnie takich perełek te kina istnieją.

Można się przyczepić, że główny przeciwnik znowu był tylko słabym głąbem bez znaczenia
i równie dobrze mógłby go zastąpić demoniczny chomik z siedmiu piekieł. I nie ma znaczenia jak bardzo lubię Madsa Mikkelsena, jego występ tutaj jest słaby. A jest słaby nie dlatego, że aktor
"nie umie" a dlatego, iż Marviel nie potrafi robić dobrych antagonistów i co za tym idzie marnuje się ogromny potencjał wielu świetnych aktorów.

Jest fajnie, miejscami śmiesznie ale ogólnie lekko i przyjemnie. Film niczym niemal poza "tematem" nie różni się od innych produkcji Marvela. Magia to tylko kolejny zestaw super mocy.

Doktor Strange to typowy solidny film rozrywkowy, do jakich przyzwyczaił nas Marvel. Byłem raz dla siebie, raz z dziewczyną i nie czuję potrzeby, aby jeszcze kiedyś go widzieć. Jak dla mnie solidne "powyżej średniej".

6/10 Nieźle


wtorek, 11 października 2016

Pogadajmy o Star Wars - Podcast Kapituły i Łódzkiego Fanklubu Star Wars

Dawno, dawno temu w mieście Łodzi...

Na miesiąc przed premierą siódmego epizodu Gwiezdnych Wojen w niewielkiej sali, wynajmowanej przez Łódzki Klub Miłośników Fantastyki "Kapituła" grupa fanów odległej galaktyki spotkała się aby podyskutować.

Dziś, nareszcie treści tego posiedzenia można wysłuchać. Dla waszej wygody zamieszczam tu wszystkie potrzebne linki. Mam nadzieje iż spodoba się wam nasza gadanina. Niech Moc będzie z wami.